Światowe media podkreślają różnice w oficjalnych komunikatach po tragicznej nagłej powodzi, która 26 sierpnia spustoszyła Kjirong (chiń. Jilong) w Szigace (chiń. Xigaze, Rigaze), w Tybetańskim Regionie Autonomicznym oraz Rasuwę po nepalskiej stronie granicy.
O ile w Nepalu rządowe komunikaty i doniesienia mediów mówią głównie o ofiarach, strona chińska tradycyjnie je zaniża albo przemilcza, skupiając się na „heroizmie i rozmachu akcji ratunkowej”. Pekin, tak jak w przypadku pandemii, nie wystosował też żadnego ostrzeżenia.
Choć pierwsze informacje mówiły o trzęsieniu ziemi, wydaje się, że tragedię spowodowało – odnotowane przez sejsmografy – osunięcie się w dolinę olbrzymiego lodowca i ton skał. Według komunikatów z 30 sierpnia w Nepalu zginęły 734 osoby, a 2400 uznaje się zaginione. „Część zwłok wyłowiono dopiero w Indiach”. Tego samego dnia Pekin zaktualizował liczbę ofiar z pięciu do 16, a zaginionych do 546.
Mimo gigantycznych strat „o wiele pełniejszy obraz sytuacji” przedstawia Nepal, podczas gdy Chiny „koncentrują się na bezpieczeństwie państwa, czyli kontrolowaniu informacji z najbardziej newralgicznego regionu” (czytaj: Tybetu). Doniesienia nepalskich i algorytmicznych mediów zdominowane są przez filmy i relacje poszkodowanych. Wysłani na miejsce dziennikarze chińskiej telewizji państwowej nie pokazali ani jednej rozmowy z ocalałymi, całkowicie przemilczając skalę zniszczeń i strat. „Nawet jeśli widzą zwłoki na własne oczy, nie mogą o tym mówić, dopóki nie zobaczą komunikatu z centrali”.
W Kjirongu nie ma przedstawicieli zagranicznych mediów ani organizacji pomocowych. Dwa dni po tragedii tragedią w Tybecie zajął się osobiście przewodniczący Xi Jinping, polecając podwładnym „nie szczędzić wysiłków w poszukiwaniu zaginionych z Chin i zagranicy” i wysyłając do „Xizangu” premiera Li Qianga.
Eksperci ostrzegają przed kolejnymi powodziami.
