W nocy lunęło i rozpętała się burza. Zgasły światła i to coś (wielki ekran?), co normalnie świeci naprzeciw teatru księżniczki Wencheng. Wiatr miotał samotnym astrem (na którego mówią też „pan Zhang”). Pomyślałam, że nie przetrwa nocy. Nagle niebo przecięła błyskawica i rozległ się potworny grzmot. Zamarłam z przerażenia.
Z perspektywy współczesnych standardów demokracji w ustroju politycznym tybetańskiej diaspory najbardziej uderza niedokończona transformacja – od mechanizmów, które miały służyć zachowaniu społeczeństwa, do systemu równości obywatelskiej. Z jednej strony mamy więc tu i instytucjonalne ramy nowoczesnych rządów (ustawę zasadniczą, parlament, wybory powszechne), i tradycje religijne, historyczne podziały terytorialne oraz relikty wczesnych mechanizmów logiki przedstawicielskiej.
Rankiem 26 sierpnia nagła powódź spustoszyła Kjirong (chiń. Jilong) w Szigace (chiń. Xigaze, Rigaze), w Tybetańskim Regionie Autonomicznym oraz Rasuwę po nepalskiej stronie granicy.
Wang Junzheng, przewodniczący komitetu Komunistycznej Partii Chin w Tybetańskim Regionie Autonomicznym (TRA), 3 sierpnia przyjął Gjalcena Norbu, którego Pekin mianował Panczenlamą po uprowadzeniu chłopca wskazanego zgodnie z tradycją buddyjską przez Dalajlamę w 1995 roku.
Władze chińskie – ponownie – „ściągnęły wojsko” do pacyfikowanego po raz kolejny Instytutu Studiów Buddyjskich Larung Gar w Sertharze (chiń. Seda), w prefekturze Kardze (chiń. Ganzi) prowincji Sichuan.
Z całego serca dziękuję porucznikowi Dhondupowi z nowojorskiej policji za to, co dla nas zrobił.
To dzięki jego pomocy przez 49 dni mogliśmy zbierać się przed siedzibą Organizacji Narodów Zjednoczonych w miejscu, w którym Pało Lobga Rangzen oddał życie za Tybet.