Jesienią 1987 roku w ciągu dziesięciu dni odbyły się w centrum Lhasy trzy demonstracje. Pierwszą, 27 września, poprowadzili mnisi z klasztoru Drepung, którzy przeszli ulicami miasta wznosząc okrzyki niepodległościowe i powiewając tybetańską flagą. Zostali zaatakowani, pobici przez policję, a potem aresztowani i uwięzieni. 1 października podobną demonstrację zorganizowali duchowni z klasztoru Sera, których również zaatakowali i pobili policjanci; później przewieziono ich na pobliski komisariat. Rozwścieczony tłum, próbując odbić mnichów, podpalił komendę. Przez kilka godzin funkcjonariusze strzelali do demonstrantów, zabijając co najmniej osiem i raniąc wiele osób. 6 października na czele kolejnego protestu znów stanęli mnisi z Drepungu.
Kjirong to po tybetańsku „Dolina szczęścia”. I zanim stał się dzisiejszym „przejściem granicznym”, był słynnym himalajskim korytarzem i cywilizacją o bardzo długiej historii.
W nocy lunęło i rozpętała się burza. Zgasły światła i to coś (wielki ekran?), co normalnie świeci naprzeciw teatru księżniczki Wencheng. Wiatr miotał samotnym astrem (na którego mówią tu „pan Zhang”). Pomyślałam, że nie przetrwa nocy. Nagle niebo przecięła błyskawica i rozległ się potworny grzmot. Zamarłam z przerażenia.
Z perspektywy współczesnych standardów demokracji w ustroju politycznym tybetańskiej diaspory najbardziej uderza niedokończona transformacja – od mechanizmów, które miały służyć zachowaniu społeczeństwa, do systemu równości obywatelskiej. Z jednej strony mamy więc tu i instytucjonalne ramy nowoczesnych rządów (ustawę zasadniczą, parlament, wybory powszechne), i tradycje religijne, historyczne podziały terytorialne oraz relikty wczesnych mechanizmów logiki przedstawicielskiej.
Z całego serca dziękuję porucznikowi Dhondupowi z nowojorskiej policji za to, co dla nas zrobił.
To dzięki jego pomocy przez 49 dni mogliśmy zbierać się przed siedzibą Organizacji Narodów Zjednoczonych w miejscu, w którym Pało Lobga Rangzen oddał życie za Tybet.