W nocy lunęło i rozpętała się burza. Zgasły światła i to coś (wielki ekran?), co normalnie świeci naprzeciw teatru księżniczki Wencheng. Wiatr miotał samotnym astrem (na którego mówią też „pan Zhang”). Pomyślałam, że nie przetrwa nocy. Nagle niebo przecięła błyskawica i rozległ się potworny grzmot. Zamarłam z przerażenia.
Z perspektywy współczesnych standardów demokracji w ustroju politycznym tybetańskiej diaspory najbardziej uderza niedokończona transformacja – od mechanizmów, które miały służyć zachowaniu społeczeństwa, do systemu równości obywatelskiej. Z jednej strony mamy więc tu i instytucjonalne ramy nowoczesnych rządów (ustawę zasadniczą, parlament, wybory powszechne), i tradycje religijne, historyczne podziały terytorialne oraz relikty wczesnych mechanizmów logiki przedstawicielskiej.
Z całego serca dziękuję porucznikowi Dhondupowi z nowojorskiej policji za to, co dla nas zrobił.
To dzięki jego pomocy przez 49 dni mogliśmy zbierać się przed siedzibą Organizacji Narodów Zjednoczonych w miejscu, w którym Pało Lobga Rangzen oddał życie za Tybet.
Zawsze podziwiałem odwagę i determinację ludzi, którzy gotowi są stanąć w obronie innych. Pewnie zdziwicie się, słysząc, że moim zdaniem mnisi, żołnierze, marynarze i lotnicy mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Wszystkich nas obowiązuje surowa dyscyplina, nosimy mundury i polegamy na towarzyszach.