Pytaniom, na które postaramy się tu odpowiedzieć, choć są bardzo proste i zasadnicze – Czego chcą tybetańscy dysydenci? O czym myślą? – nie poświęcano do tej pory wiele uwagi. Nie powstrzymało to wszakże licznych autorów od stanowczych sądów na ten temat – nie ukrywam, że do napisania niniejszego artykułu skłoniły mnie właśnie kontrowersyjne wypowiedzi tego typu. W liście do redakcji New York Timesa, zatytułowanym „Jeśli idzie o ducha, tybetańscy lamowie przypominają irańskich mułłów”, czytamy: „Wróciłem właśnie z podróży do Tybetu i Chin. W Tybecie widziałem latarnie zniszczone przez demonstrantów, na czele których stali lamowie. Ci sami demonstranci manifestowali niechęć wobec wznoszonych z chińską pomocą budynków. Wielu ciemnych lamów i mnichów uważa wprowadzenie elektryczności, kanalizacji i oświaty za zagrożenie dla ich władzy. (…) Smród dobywający się z izb mnichów w pobliżu wrót Potali najlepiej świadczy o stopniu ich rozwoju. Mnisi mogą uczyć się pisać i czytać, mogą też się kąpać – z tych demokratycznych praw postanowili jednak nie korzystać”1.
Jesienią 1987 roku w ciągu dziesięciu w centrum Lhasy dni odbyły się trzy demonstracje. Pierwszą, 27 września, poprowadzili mnisi z klasztoru Drepung, którzy przeszli ulicami miasta skandując niepodległościowe hasła i powiewając tybetańską flagą. Zostali zaatakowani i pobici przez policję, a potem aresztowani i uwięzieni. 1 października podobną demonstrację zorganizowali duchowni z klasztoru Sera, których również zaatakowali i pobili policjanci; później przewieziono ich na pobliski komisariat. Rozwścieczony tłum, próbując odbić mnichów, podpalił komendę. Przez kilka godzin funkcjonariusze strzelali do demonstrantów, zabijając co najmniej osiem osób i raniąc wielu innych. 6 października na czele kolejnego protestu znów stanęli mnisi z Drepungu.
Kilka dni przed dziewięćdziesiątymi pierwszymi urodzinami Dalajlamy w ChRL zacznie obowiązywać jedna z najbardziej niepokojących ustaw. Tytułowe „etniczna jedność i postęp” nie brzmią groźnie, podobnie jak „harmonia społeczna” i „wspólna przyszłość”, którym służyć mają nowe przepisy, jeśli jednak przeczytacie cały dokument, przekonacie się, że macie powody do niepokoju, gdyż Pekin przyznaje sobie właśnie prawo do ścigania krytyków polityki Chin na całym świecie, także w Stanach Zjednoczonych.
Właściwie wszyscy lubią Dalajlamę, nawet jeśli nie mieli takiego zamiaru. Warto spytać, dlaczego? Jeżdżąc po świecie jako autor i profesor, spotkałem mnóstwo osób, które darzą Jego Świątobliwość szacunkiem i widzą w nim wielki autorytet moralny. W czasach powszechnego poczucia rozgoryczenia i rozczarowania stanem rzeczy (mimo ogromnych postępów nauki i rozwoju kultury) źródłem optymizmu i nadziei dla świata jest skromny mnich z odległego Tybetu.
Obok stała grupka ludzi wpatrzonych w młodego Tybetańczyka, którego uważali za swojego przywódcę. Azjata nosił imię Nākiɳtchanamoŭrti, co po sanskrytyńsku oznacza „Inkarnację Najzupełniej Niczego”. Przyjrzałem mu się. Nie sprawiał wrażenia chorego, wydawał się może zbyt miły. Podejrzewam, że był tam przetrzymywany wbrew swojej woli za sprawą machinacji tak zwanych uczniów, którzy widzieli w nim krynicę wszelkiej mądrości, a on odpowiadał im:
– Zostawcie mnie w spokoju. Idźcie stąd. Każdy musi szukać za siebie – i dalej, całkiem rozsądnie, w tym stylu.
Kiedy Dalajlama musiał uciekać z Tybetu w 1959 roku, rozpoczynając najdłuższe wygnanie współczesnego świata, nie był sam. Towarzyszył mu między najmłodszy brat Tenzin Czogjal, któremu przyszło spędzić w Indiach 67 lat. Znalazł w nich nie tylko azyl, ale i dom. Walkę o Tybet traktował jako zobowiązanie i sprawą osobistą.
Ladakh jest położoną wysoko pustynią, która była niegdyś dnem morza. Po zamknięciu Tetydy pięćdziesiąt milionów lat temu na skutek kolizji płyt tektonicznych ze zdeponowanych w niej osadów powstały Himalaje, które wciąż rosną o jakiś centymetr rocznie. Plątanina dolin lodowcowych, wydm i skał kryje miedź, uran, lit i minerały ziem rzadkich, źródła geotermalne oraz złoto rodzime w osadach aluwialnych.
Pielgrzymowanie jest od wieków jedną z najważniejszych praktyk duchowych tybetańskiej cywilizacji buddyjskiej. Podczas gdy wędrowanie do sanktuariów w kraju i poza jego granicami cementuje ciągłość naszej kultury, rodzinne więzi i zbiorową tożsamość, władze chińskie czynią z niego instrument inwigilacji i kontroli.