W naszej tradycji buddyjskiej bycie „guru” zależy wyłącznie od ucznia. Nie ma specjalnej instancji, która przyznaje tytuł duchowego nauczyciela. Jest się nim, bo ma się uczniów.
Nauczyciela powinno wybierać się starannie, bez pośpiechu. Z początku lepiej widzieć w nim po prostu duchowego przyjaciela i uważnie obserwować zachowanie, postawę, słowa, póki nie nabierze się przekonania, że posiada niezbędne przymioty.
Choć zdają się to zalecać niektóre pisma, sam radzę adeptom buddyzmu nie gloryfikować i nie doszukiwać się świętości w każdym geście nauczyciela. Tradycja jasno definiuje bardzo wysokie standardy, które powinien on spełniać, jeśli jednak jego zachowanie budzi zastrzeżenia, należy mu to wytknąć.
W sutrach Budda radzi naśladować tylko właściwe postępowanie nauczyciela. Samo widzenie w kimś guru nie może stanowić usprawiedliwienia niegodziwości. Trzeba wiedzieć, co jest niestosowne, żeby się tego wystrzegać. Pisma stanowczo każą też nie słuchać zaleceń, które kłócą się z doktryną buddyjską.
Tantry podkreślają często, że całe urzeczywistnienie pochodzi od guru. Po prawda, trzeba przecież pamiętać, że jest nim tak człowiek, od którego się uczymy, jak nasza własna pierwotna mądrość, przyrodzona jasność umysłu.
Potrzebujemy przykładu: kogoś, kto ma od nas więcej wiedzy, współczucia i doświadczenia. Tybetański odpowiednik słowa guru – lama – oznacza uosobienie mądrości i dobroci. Spotkawszy osobę o takich przymiotach, powinniśmy chcieć je obudzić i rozwinąć w sobie. Jej przykład dowodzi, że mądrość i dobroć są w naszym zasięgu. A temu, moim zdaniem, służą wszystkie duchowe ścieżki.
2003