Wang Lixiong: Dlaczego koczownicy chorują?

Przed kilkoma dniami uciąłem sobie pogawędkę z tybetańskim przyjacielem pochodzącym z koczowniczego regionu. Powiedział mi, że pasterze mają teraz więcej pieniędzy, ale bardziej chorują. Zeszłego lata, jak zauważył, chorowało niewiele osób, teraz – prawie tyle, co w zimie.

Spytałem o przyczyny, a on odrzekł, że przede wszystkim źle się je. Przetarłem oczy ze zdumienia: dlaczego źle się odżywiają, skoro mają więcej pieniędzy? Na tym właśnie, wyjaśnił, polega zarabianie. Dawniej, gdy rynek był w powijakach, rodzina co kilka dni zarzynała owcę i opychała się mięsem. Teraz za owcę można dostać kilkaset yuanów, więc żal je zjadać. Ilekroć chciałoby się zabić zwierzę, przelicza się w myśli straty i wygrywają pieniądze. To samo z masłem i mlekiem. Ludzie piją w domach już tylko bezwartościową serwatkę.

Zmieniły się także stosunki międzyludzkie. Niegdyś w koczowniczym namiocie stawiono przed każdym gościem michę mięsa, żeby jadł do woli, dziś mało kogo stać na taki gest. Jeżeli nie chce się głodować na łąkach, trzeba mieć z sobą własne jedzenie. Dotyczy to nie tylko obcych, ale nawet mojego tybetańskiego druha, gdy wraca w rodzinne strony.

Ludzie trzymają też coraz mniej owiec. Ich wypasanie to problem – trzeba ciągle pilnować zwierząt, przywiązywać je na noc, bronić przed wilkami. Nie to, co z jakami. Młodzi ludzie, powiada mój przyjaciel, zrobili się leniwi i nie chcą krzątać się przy owcach. Jego zdaniem sześć, siedem na dziesięć rodzin w ogóle nie trzyma już owiec, tylko duże zwierzęta. A te żal zarzynać latem, bo mięsa jest dużo i szybko się psuje.

Zapytałem, ile się zjada mięsa i masła i co je się najchętniej. Młodzi, usłyszałem, wolą specjały w plastikowych torebkach: zupki, makarony instant i takie tam. Wiele rodzin, na chińską modłę, zaczęło też smażyć warzywa i makaron oraz jeść ryż, tyle że taka dieta nie sprawdza się na dużych wysokościach i w surowym klimacie Płaskowyżu. W ten sposób koczownicy stają się coraz gorzej przystosowani do życia we własnym środowisku naturalnym.

Po wtóre, ludzie chorują, ponieważ przesiedli się z koni na motocykle. Koń sprawdzał się na każdym szlaku, a motory dają sobie radę tylko w stosunkowo płaskich łożyskach rzek. Pryskająca spod kół woda sprawia, że ludzie ciągle chodzą mokrzy. I wreszcie ubrania: tradycyjne tybetańskie szaty zapewniały ciepło, zwłaszcza w okolicach krzyża i nerek, podczas gdy noszone dziś stroje są kuse i stanowią słabą ochronę przed deszczem czy wiatrem.

Tybetańczycy, mój druh westchnął ciężko, żyją teraz tylko dla pieniędzy, ale co to za życie? I wtedy przypomniałem sobie słowa tybetańskiego pisarza: „Straciliśmy to, co zawsze było nasze, w pogoni za tym, czego nigdy nie potrzebowaliśmy”.

 

 

 

Blog Oser, 13 czerwca 2007