Karmapa: Współczucie to więcej niż emocja

Realia współczesnego świata – przede wszystkim cywilizacja informacyjna i rozwój nowoczesnych technologii – sprawiają, że wzajemne relacje, które łączą nas z innymi, są intensywniejsze niż kiedykolwiek. Myśląc o związkach, z reguły zniekształcamy je jednak pojęciami „ja” i „inni”. My jesteśmy tu, a oni tam, po tamtej stronie, różni i oderwani, jakby – wbrew oczywistym faktom – nic nas nie łączyło. Tymczasem na poziomie głębszym stanowimy część siebie nawzajem. Uczestniczymy we wspólnym doświadczaniu przyjemności i bólu oraz jesteśmy jedni za drugich odpowiedzialni.

W rzeczy samej współczucie wcale nie stanowi dla nas brzemienia. Odpowiedzialność jest ze swej natury odwagą i siłą umysłu. Daje pewność siebie i nadzieję, budzi zdolność okazywania dobroci i współczucia. Rozumiejąc ją w ten sposób, bierzemy na siebie odpowiedzialność z radością i ochotą.

Naukowcy i buddyści tłumaczą, że potencjał dobroci jest nam wrodzony. Przychodzimy z nim na świat, a potem – w zależności od okoliczności – rozwijamy go lub ograniczamy. Należy zatem pilnować, by otoczenie podsycało miłość i współczucie, zachęcało do pomagania. Niestety, we współczesnym świecie znacznie łatwiej o sytuacje pobudzające do przemocy. Mamy w sobie dobroć, musimy tylko zadbać o sprzyjającą jej atmosferę i nawzajem się w tym wspierać.

Takie przymioty zaczynamy w sobie rozwijać w rodzinnym domu. Najbliżsi mogą nieść spokój i miłość swoimi działaniami czy też po prostu mówić często o dobroci i współczuciu. To naprawdę ma znaczenie. Moi rodzice nie byli wykształceni, przesiąkli jednak tradycją, która stawiała na dobroć i to nie tylko wobec ludzi, ale wszystkich istot, dużych i małych. Od najmłodszych lat uczono nas szanowania i chronienia życia, również najmniejszych owadów. Nauki takie zostawiają w umyśle ważny ślad, przypominając o zasadzie niekrzywdzenia i nieuciekania się do przemocy. Z wiekiem przyjdzie nam mierzyć się z problemami i trudnościami, ale w dzieciństwie powinniśmy otrzymać dar pozytywnego myślenia, a potem dbać, by nabierało ono głębi i siły.

Kiedy myślimy o miłującej dobroci i współczuciu, często traktujemy je jako empatię czy też zrozumienie dla drugiego człowieka. W ten sposób dzielimy to doświadczenie na pół – na obdarzający podmiot i obdarzany przedmiot. Te zaś z reguły widzimy jako dwie różne rzeczy, myśląc w kategoriach „ja medytuję nad współczuciem dla niego”. Tu przecież powinniśmy czuć, że osoba, którą darzymy współczuciem, stanowi część nas samych, całkowicie pochłaniając nasze serce i umysł. Współczucie to nie zrozumienie dla drugiego człowieka, tylko pełne zaangażowanie serca i umysłu. Dzięki praktyce jesteśmy w stanie uosobić współczucie do tego stopnia, że inni faktycznie go doświadczają.

Jeśli naszej medytacji współczucia towarzyszy wrażenie, że jesteśmy oddzieleni od tych, których nim obdarzamy, mamy jeszcze przed sobą dużo pracy. Dopiero gdy medytujący faktycznie staje się współczuciem, jest ono na tyle silne, by traktować innych jak część siebie. To właśnie współczucie prawdziwe.

Na tym etapie współczucie przestaje być tylko doznaniem, stając się aktywnością – narzędziem służenia światu. Dzięki medytacji współczucie zaczyna autentycznie wyzierać z oczu. Właściwa motywacja sprawia, że słuchając, słyszymy ze współczuciem. Przenikając postrzeganie pięcioma zmysłami, nie jest już ono emocją, tylko działaniem, metodą pomagania innym. Kiedy praktykujemy stopnie medytacji współczucia, przesycona jest nim już nasza obecność. Ponieważ nie dzielimy doświadczenia na siebie innych, same, na przykład, cisną się na język dobre słowa. Powinniśmy dać z siebie wszystko, by osiągnąć ten pułap.

Wszyscy mają teraz poważne miny i, z jednej strony, to rzeczywiście poważna sprawa. Z drugiej jednak nie trzeba z tym przesadzać, bo jak powiedziałem, każdy rodzi się z potencjałem współczucia. To okoliczności sprawiają, że może nam być trudno je rozwijać i okazywać.

Od najmłodszych lat powinniśmy uczyć się współczucia wobec wszystkich istot. Jak wiecie, pochodzę z rodziny koczowników. Bywało, że nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy zabijać zwierzęta. Zawsze przepełniała mnie wtedy ogromna miłość i współczucie. Nie wiem, czy dokładnie takie, o jakim mowa w starych księgach, było jednak naturalne i spontaniczne. Od tego czasu nie doświadczyłem większego. Nic nie może się z nim równać. Studiowałem potem wiele traktatów, ale współczucie, które rozwija się w taki sposób, jest zwyczajnie wydumane. Daleko mu do tego z dzieciństwa. Takie właśnie musimy w sobie znaleźć i pielęgnować.

 

 

(Z wykładu wygłoszonego w Kanadzie w 2017 roku.)