Oser: Żarłoczne duchy w Lhasie

Kiedy wróciłam do Lhasy w 2010 roku, osłupiałam na widok wielkiego placu budowy na obrzeżach starówki. Miało na nim wyrosnąć monstrualne centrum handlowe o wdzięcznym imieniu „Duchowa moc”. Znajomi Tybetańczycy szeptali, że owo arcydzieło było wspólnym dzieckiem biurokracji i przemysłu, co mówi wszystko o duchowej mocy przedsiębiorców z Wenzhou i progenitury wysokich aparatczyków. Było mi smutno, że żarłoczne duchy wszelkiej maści gwałcą słynny na cały świat zakątek.

Wpływowi urzędnicy komercjalizują lhaską starówkę pełną parą. Na północ i północny zachód od sanktuarium Dżokhangu mamy już dwie nowe świątynie handlu, górujące na tą pierwszą. Słyszałam, że swoje wisienki na tym torcie zaklepali sobie pewien burmistrz, dyrektor i „stary towarzysz od Tybetu”. Swego czasu wydawało się, że Dżokhang został osłonięty niewidzialnym parasolem listy światowego dziedzictwa UNESCO, która gwarantowała mu przynajmniej zachowanie centralnego miejsca, ale najwyraźniej nikt już sobie nie zawraca głowy podobnymi fanaberiami.

Z zewnątrz „Centrum duchowej mocy” – z trzydziestoma mu ziemi, czterema piętrami nad i dwoma pod ziemią, w tym garażem – przypomina pekińską Wioskę Sanlitun. Na samą myśl robi mi się niedobrze: ohydne, gryzące się z krajobrazem monstrum bezpowrotnie zniszczy odwieczny pejzaż historycznej Lhasy. Nie musiałam długo szukać w sieci, żeby móc poinformować ciekawych, że w środku mogą spodziewać się KFC, BreadTalk, Ajisen Ramen, Levi’s, JEEP, ONLY i kilku innych szyldów przekalkowanych z nowoczesnych metropolii.

Wydrążenie garażu wymagało odprowadzenia wód gruntowych, co uczyniono przy pomocy przecinających pół metropolii ośmiu czy dziewięciu wielkich rur. W mieście mówi się, że ciągną nimi codziennie tysiące ton wody. Od roku. I że końca nie widać.

Według starych kronik obecna Lhasa była niegdyś wielkimi moczarami z jeziorem pośrodku. Tysiąc trzysta lat temu z woli swego potężnego króla Songcena Gampo Tybetańczycy zasypali oczko ziemią i wznieśli na niej świątynię Dżokhang. Do dziś u wrót głównego ołtarza stoi pusty filar, aby wierni, którzy zbliżą do niego ucho, mogli posłuchać szeptu ukrytej w dole wody. Pewien staruszek opowiadał mi, że kiedy był dzieckiem, dało się ją nawet dostrzec – co świadczy, że musiało jej być naprawdę dużo.

Teraz martwi się o nią całe miasto. Ludzie chodzili do władz z petycjami, opowiadając o zagrożeniach związanych z wypompowywaniem wód gruntowych spod piwnic przybytku „duchowej mocy”, ale zbywano ich krótkim żołnierskim zdaniem: prace nie tylko nie zostaną przerwane, ale wręcz przyspieszone, by „zminimalizować wpływ na sąsiedztwo geologiczne”. Czyli od początku doskonale wiedzieli o owym „wpływie”. Pewnie nie zdziwili się więc, gdy w maju 2011 roku na ulicy Comonling pojawiła się półtorametrowa rozpadlina. Później w kwartale Tengjeling zaczęły się przerwy w dostawie wody. Mieszkańcy są przekonani, że w związku z jej odsysaniem.

Młodsi stracili cierpliwość i poczęli alarmować na Weibo, że skala całego przedsięwzięcia musi doprowadzić w końcu do osuwisk, zapadania się ulic i pękania ścian domów. W promieniu tysiąca pięciuset metrów mamy Potalę, Dżokhang, Ramocze i inne bezcenne zabytki, które mogą znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie – a przy okazji całemu miastu zajrzy w oczy widmo braku wody. W sieci pojawiły się też plany zorganizowania publicznego protestu w grudniu.

Niemniej w dzisiejszej, pełnej wojska Lhasie trudno sobie nawet wyobrazić większy protest uliczny. Nawet pisane indywidualnie skargi do władz wyższego szczebla są uznawane za działanie „polityczne” – a więc tępione. Co, jak łatwo sobie wyobrazić, nie sprzyja rozładowaniu napięcia. Jak ktoś, kto kocha Lhasę, mógłby spokojnie patrzeć na obracanie w perzynę świętej kolebki cywilizacji przez zastępy żarłocznych duchów, pełnych samorodnej „duchowej mocy”?

Zapytałam jeszcze eksperta, cudzoziemca, który przed laty ratował lhaskie zabytki i został w końcu wydalony przez władze: „Woda to poważny problem w Tybecie, ponieważ wszędzie buduje się elektrownie wodne. Lhasa jest już mocno zanieczyszczona, a zachłanni deweloperzy wspierani przez chciwych urzędników państwowych zmieniają całą dolinę w wielką fabrykę. Jeżeli wyschną mokradła Lhalu, będzie za późno”.

 

18 listopada 2011

 

 

Za High Peaks Pure Earth