Czy człowiek, który jest w drodze od tylu lat,
może w ogóle wrócić do domu?
Czy człowiek, któremu wyrwano serce,
ma jakąś szansę na odzyskanie siebie?
Czy człowiek, który jest w drodze od tylu lat,
może w ogóle wrócić do domu?
Czy człowiek, któremu wyrwano serce,
ma jakąś szansę na odzyskanie siebie?
Kjirong to po tybetańsku „Dolina szczęścia”. I zanim stał się dzisiejszym „przejściem granicznym”, był słynnym himalajskim korytarzem i cywilizacją o bardzo długiej historii.
W nocy lunęło i rozpętała się burza. Zgasły światła i to coś (wielki ekran?), co normalnie świeci naprzeciw teatru księżniczki Wencheng. Wiatr miotał samotnym astrem (na którego mówią tu „pan Zhang”). Pomyślałam, że nie przetrwa nocy. Nagle niebo przecięła błyskawica i rozległ się potworny grzmot. Zamarłam z przerażenia.
Na Północnej minął mnie wieczorem chłopak,
który pędził na hulajnodze z klasztoru Sera
z zadartym nosem, błyszczącymi oczami
Dzyń. Pyta mnie zupełnie obcy człowiek: „czy z tych aplikacji można korzystać w Tybecie”.
Naturalnie chodzi o Facebooka, Instagrama i inne serwisy internetowe, które są tu dostępne tylko za pośrednictwem wirtualnych prywatnych sieci.
Tybetański samospaleniec z Nowego Jorku nazywa się Lobga Rangzen, a nie Lobga „Langzeng”! Proszę to poprawić! Proszę uszanować jego imię!
Od zawsze fascynuje mnie ta historia.
Drigum Cenpo, ósmy król Tybetu, wściekły na stajennego, zamachnął się mieczem i niechcący przeciął magiczny sznur, który łączył go z niebiosami, zapewniając nieśmiertelność całemu rodowi. Umarł pokonany i nie mogąc wrócić do świata bogów, zostawił na ziemi doczesne szczątki, przy okazji posyłając do grobu dynastię.
Piszę o tym o tym okropnym błazeństwie po raz któryś.
Taniec „ubijania masła” nie ma nic wspólnego z tradycją tybetańską.
Latem w Lhasie
robi się ciemno po dziesiątej.
Wedle czasu pekińskiego, rzecz jasna,
po naszemu zmierzcha koło ósmej.
Przyszła wiosna
przyszła wiosna do Lhasy
Piaskowe burze codziennie
nawiedzają zrujnowane uliczki