Namkji: Moja historia

Urodziłam się w typowej koczowniczej rodzinie w rejonie Czaro, w Ngabie. Jak większość tamtejszych dzieci nie chodziłam do szkoły i pasłam zwierzęta. Od najmłodszych lat słyszałam opowieści o najeździe „czerwonych Chińczyków”, którzy wymordowali dziesiątki tysięcy naszych rodaków oraz zmusili do opuszczenia kraju Dalajlamę, opata klasztoru Kirti i wielu innych wielkich lamów. Przepełniona żalem i smutkiem, modliłam się o wolność Tybetu i powrót Jego Świątobliwości.

Kiedy zaczęłam dostrzegać, jak władze chińskie szykanują ludzi, którzy starają się pielęgnować naszą religię, obyczaje i język, zastanawiałam się, czy Narody Zjednoczone i rządy innych państw zdają sobie sprawę z cierpień i tragicznej sytuacji Tybetańczyków.

Przez cały wrzesień 2015 roku rozmawiałam o tym z Tenzin Dolmą – rodzoną siostrą, z którą pasłam zwierzęta. Podjąwszy decyzję, 21 października, ubrane po tybetańsku, o godzinie piętnastej czasu pekińskiego wyszłyśmy na „ulicę bohaterów” z portretami Dalajlamy, wołając o wolność Tybetu, długie życie i rychły powrót Jego Świątobliwości i Kirti Rinpoczego. Kilka minut później usłyszałyśmy wycie syren i zostałyśmy dogonione przez czterech albo pięciu policjantów, którzy zaczęli nas uciszać i wyrwać portrety. Szarpałyśmy się z nimi chwilę, wykrzykując nasze hasła, ale zostałyśmy obezwładnione, skute, powleczone do furgonetki i zawiezione do aresztu w Ngabie, z którego zabrali nas zaraz do Barkhamu.

Przesłuchiwano mnie przez sześć dni i nocy w małym pomieszczeniu, w którym było potwornie gorąco. Śledczy zmieniali się co kilka godzin, powtarzając pytania: kto nam kazał wyjść na ulicę, z kim o tym rozmawiałyśmy, skąd wzięłyśmy zdjęcia Dalajlamy i czy mamy krewnych za granicą? Policjanci bili i kopali, krzycząc, że jesteśmy opozycją i popełniłyśmy ciężkie przestępstwo. Głodna i niewyspana, momentami czułam, że wolałbym umrzeć. Funkcjonariusze bywali też mili i zapewniali, że jeśli powiemy prawdę, zostaniemy potraktowane ulgowo i szybko odzyskamy wolność. Konsekwentnie powtarzałam, że działałyśmy same, nikt nas nie namawiał i nie znał naszych planów.

Potem znów nas przewieziono i spędziłyśmy sześć miesięcy w areszcie okręgu Tasziling.

W listopadzie 2016 roku – trzynaście miesięcy po zatrzymaniu – stanęłyśmy przed sądem ludowym w Troczu. Podczas rozprawy po raz pierwszy zobaczyłam siostrę. Na sali nie było nikogo z rodziny, ale przyznano nam adwokatki, Chinkę i Tybetankę. Zostałyśmy skazane na trzy lata więzienia za „separatystyczne podżeganie, zagrażanie bezpieczeństwu państwa i popieranie kliki Dalaja”.

Po ogłoszeniu wyroku przewieziono nas do zakładu karnego „dla mniejszości etnicznych”, z którego po trzech godzinach zostałyśmy jednak zabrane do największego więzienia kobiecego w Chengdu. Podobno trzymali tam wcześniej inne Tybetanki, ale teraz byłyśmy tylko my dwie (na sześć tysięcy osadzonych). Przez pierwsze trzy miesiące ćwiczyłyśmy musztrę, przechodziłyśmy „edukację patriotyczną” i „studiowałyśmy” konstytucję. Po „egzaminie” trafiłyśmy do obozu pracy; ja robiłam miedziane kable, a siostra pudełka na papierosy, ale szybko przenieśli nas do fabryki zegarków.

Po wyjściu dowiedziałyśmy się, że bliscy regularnie wysyłali nam jedzenie i ubrania, ale nie dostałyśmy żadnej paczki. Byłyśmy ciągle głodne, marzłyśmy zimą pod lichymi kocami i czułyśmy się dyskryminowane (także z powodu nieznajomości chińskiego). Zwolniono nas 21 października 2018 roku po odbyciu całej kary. Kilka tygodni spędziłyśmy na komisariacie w Ngabie, czekając aż władze przygotują „zobowiązania”, które musieli podpisać rodzice. Rodzina trafiła na czarną listę, bo brat też siedział w więzieniu.

Zwolnienie nie oznaczało wolności, tylko ścisły dozór. Każdy, z kim miałyśmy kontakt, był od razu „podejrzany”. Cierpieli wszyscy krewni. Postanowiłam uciec razem z ciotką Cering Kji, którą regularnie wzywano na przesłuchania. Wyruszyłyśmy – nie wtajemniczając nikogo w nasze plany – 13 maja 2023 roku. Po czterech dniach dotarłyśmy do ośrodka recepcyjnego w Nepalu, miesiąc później byłyśmy w Dharamsali.

 

Dharamsala, 19 kwietnia 2024

 

 

 

Namkji, uczestniczka fali symbolicznych protestów na „ulicy bohaterów” – epicentrum tybetańskich samospaleń, zainicjowanych przez mnichów klasztoru Kirti w Ngabie (chiń. Aba), w prowincji Sichuan – jest jedną z nielicznych byłych więźniarek politycznych, którym udało się dotrzeć do Indii po „uszczelnieniu” granicy przez władze chińskie w 2008 roku.