Oser: Tybetański król na szczudłach

Obejrzałam właśnie klip w internecie i muszę coś napisać.

Maczen, typowo pasterski okręg w tzw. Tybetańskiej Prefekturze Autonomicznej Golog. Święto Latarni. Przez (centralny) Plac Gesara idzie pochód na szczudłach, wykonują taniec smoka i lwa, walą w wielkie bębny. Nie mam pojęcia, czy to ma być król Gesar i królowa Drugmo czy król Songcen Gampo i księżniczka Wencheng.

Jedno za to jest pewne: ani Gesar, ani Cenpo nie chodzili na szczudłach.

Szczudła, tańce lwów i smoków, bębny – to wszystko elementy chińskich obrzędów ludowych. Nie mają śladu historycznych związków z tradycjami Tybetu. Żaden Tybetańczyk nigdy się tak nie bawił. Po co wsadzać Gesara i jego królową na szczudła oraz zmuszać ich do tańcowania z lwami i smokami w rytm bębnów?

Odpowiedź jest jedna. Sinizacja. Religii, języka, nawet chłopskich zabaw.

Tybetańskie komentarze pod filmem sprowadzają się do rzygających buziek. Niektórzy piszą: „Ni koza, ni owca. Ani to chińskie, ani tybetańskie. Żenada i syf”.

A Chińczycy naiwnie się dziwią: „Nie wiedziałem, że w Tybecie chodzą na szczudłach. Zawsze to robili czy nauczyli się od nas? Te duże głowy przypominają kukiełki z minnańskiej opery”. Albo są realistami: „Etniczna integracja na całego. Nie przejmujcie się, drodzy tybetańscy towarzysze. Jakie to ma znaczenie, skoro rośnie wam stopa życiowa? Róbcie swoje”.

W dyskusji zabrał też głos ktoś, kto mógł być organizatorem tej hucpy. „Nie podoba się? Może chcecie się stawiać?”.

 

3 marca 2026