Kjirong to po tybetańsku „Dolina szczęścia”. I zanim stał się dzisiejszym „przejściem granicznym”, był słynnym himalajskim korytarzem i cywilizacją o bardzo długiej historii.
Ten szlak wpisał się w historię Tybetu za czasów Songcena Gampo, który sprowadził tu z południowych Himalajów jeden z najbardziej czczonych posągów Czenrezika, czyniąc z Kjirongu – nazywanego wtedy królestwem Mangjul Gungthang – ważne sanktuarium buddyjskie.
To tu wykładał Dharmę bengalski mistrz Atiśa i tu przyszedł na świat (zostawiając po sobie niezliczone miejsca kultu) wielki Milarepa.
Heinrich Harrer (autory słynnych „Siedmiu lat w Tybecie”) i Peter Aufschnaiter, zmierzając do Lhasy, spędzili w Kjirongu dziesięć miesięcy. „Gdybym mógł zdecydować, gdzie spędzę starość – pisał Harrer – wybrałbym Kjirong”. Jego towarzysz sporządził nawet coś na kształt lokalnego indeksu nazw geograficznych, opisując klasztory, wioski, drogi, ludzi, handel, obyczaj i religię. W samej dolinie doliczył się 26 dużych świątyń. Wszystkie zrównano z ziemią w czasie rewolucji kulturalnej.
Przed wytyczeniem współczesnych granic Kjirong i (obecny) północny Nepal stanowiły jeden organizm społeczny i transhimalajski szlak, którym bez ustanku wędrowały wte i wewte tłumy kupców, mnichów, pielgrzymów i pasterzy. To, co dziś nazywa się „ruchem granicznym”, było po prostu codziennym życiem (gwoli ścisłości od czasu do czasu zakłócanym przez rozboje i wojny).
Dopiero pół wieku temu to miejsce, tak kiedyś bliskie Tybetańczykom i ważne dla ich historii oraz religii, stało się, za sprawą posterunków i ścisłej kontroli, niedostępne, odległe i obce.
