Tybetańska kultura ma wielką wartość. Budzi zainteresowanie współczesnych naukowców. Nie jest abstrakcją, służy do stosowania w codziennym życiu. Tybetańskie tradycje duchowe są niczym złoto – można je polerować i wytrzymują każdą próbę. Zachodnia psychologia dostrzega ich unikalność i stara się je zgłębiać.
Naukowcy nie mówią o poprzednich i przyszłych żywotach ani wyzwoleniu, ale potrafią stwierdzić, że adepci buddyzmu tybetańskiego zachowują spokój, nie poddają się szkodliwym emocjom. Do wyzwolenia może być daleko, ale jeśli będziecie szczerze praktykować, znajdziecie spokój i nawiążecie dobre, serdeczne relacje z bliźnimi.
Praktykuję buddyzm tybetański całe życie i uważam, że jest bardzo użyteczny. Wartość naszej tradycji dostrzegają moi przyjaciele, w tym także naukowcy.
Ludzie, którzy nie wiedzą, czym w istocie jest Dharma, z reguły skupiają się na powtarzaniu mantr i odprawianiu rytuałów. Nie na tym polega faktyczna praktyka. Właściwa praktyka to poskromienie własnego umysłu. Przeobrażenie go tak, aby osłabły destrukcyjne emocje, umożliwiając skuteczne służenie wszystkim istotom, w których widzimy własne matki. Każda z nich, tak jak wy, pragnie szczęścia i nie chce cierpieć. I pomaga nam w pielęgnowaniu współczucia wobec bliźnich.
Sam, gdy tylko się zbudzę, myślę o bodhicitcie i pustości, które są panaceum na trucizny umysłu: przywiązanie i złość.
Byłoby dobrze, gdybyście także pracowali ze swoim przywiązaniem i gniewem, korzystając z jedynych w swoim rodzaju nauk buddyjskich, które zachowały się w naszej tradycji. Sam robię to bez ustanku.
Zacząłem jako dziecko od uczenia się na pamięć i studiowania filozoficznych traktatów. Z czasem, stając przed różnymi wyzwaniami, przekonałem się, że zdobyłem w ten sposób bardzo skuteczne antidotum na destrukcyjne emocje. Zdając egzaminy na stopień gesze lharampa w monastycznych uniwersytetach Lhasy i debatując tam z wybitnymi uczonymi, zrozumiałem rolę i wagę dialektyki oraz dysputy w studiach buddyjskich.
Najwięcej zyskałem nie siedząc na wysokim tronie, a debatując z mnichami na klasztornym dziedzińcu. Tak wspólnie zdobywa się wiedzę duchową. Udawanie z tronu wielkiego lamy jest zupełnym nieporozumieniem.
Nie siedziałem z założonymi rękami, tylko odpowiadałem na pytania, którymi mnie zasypywano, i sam je zadawałem. Debata jest kluczowym elementem studiów, pomaga wyostrzyć umysł i zobaczyć naturę rzeczy.
Miałem ośmiu sparingpartnerów. Niektórzy byli wybitnymi uczonymi. Musiałem starannie przemyśleć temat i dobrze się przygotować, żeby im sprostać. (Choć, jednego, z Dejangu, prawdę powiedziawszy zawsze udawało mi się okpić albo onieśmielić.)
Inni – z Loselingu, Gomangu i Sera – byli niezwykle twardzi i musiałem się nieźle napocić, żeby dotrzymać im pola. Sera i Drepung słynęły z biegłości w debacie, zaświadczając o jej znaczeniu dla naszych studiów. W Gandenie było mniej mnichów i przezywano ich „pustelnikami ze wzgórza”.
Jako mieszkańcy pasa Himalajów macie oczywiście wiarę i zainteresowanie tybetańską tradycją buddyjską. Musicie jednak studiować i debatować – zgodnie z traktatami o logice i epistemologii – żeby pozbyć się wątpliwości. Na tym upłynęła mi młodość.
W Tybecie studiuje się jednocześnie drogę środka (madhjamaka) i logikę (pramana). To unikalna tradycja uniwersytetu Nalanda, której jestem wielkim zwolennikiem.
Wiem, że himalajskie nacje stworzyły prężny system oświaty, ale zawsze można coś poprawić. Proszę, uczcie się od swoich nauczycieli drogi środka i logiki, a następnie testujcie zdobytą wiedzę debatując.
Ta drogocenna tradycja, którą możemy zgłębiać i stosować w codziennym życiu, w Tybecie podupadła. Na tych, którym udało się uciec do Indii, spoczywa odpowiedzialność za zachowanie naszego dziedzictwa. Chińskie prześladowania czynią wolność, jaką cieszymy się w Indiach, prawdziwym skarbem. Musimy zrobić wszystko, aby go należycie wykorzystać.
Przez wieki Tybet wydawał wielkich mistrzów tej przeobrażającej wiedzy. Bardzo trudna sytuacja sprawia, że to na mieszkańcach Himalajów spoczywa dziś szczególna odpowiedzialność za zachowanie naszej tradycji.
Jak powiedziałem, za młodu sumiennie studiowałem, żeby złożyć egzaminy, debatując w klasztornych uniwersytetach podczas Wielkiego Święta Modlitwy. Wielu gesze stanęło ze mną w szranki i jestem im za to ogromnie wdzięczny. Kiedy myślę, ile się nauczyłem podczas tamtych lhaskich debat, czuję, że moje życie miało sens.
Przed opuszczeniem Norbulingki w 1959 roku wiele myślałem, konsultowałem się z wyrocznią Neczung, robiłem wróżby. Kiedy podjąłem decyzję, ruszyliśmy, przekroczyliśmy płynącą przez Lhasę rzekę i wspięliśmy się na przełęcz. Po raz ostatni spojrzałem na miasto. Czułem smutek. W wymarzonym miejscu do studiowania i zgłębiania świętych pism ludzie dusili się na skutek presji wywieranej przez chińskie władze.
Ale pogrążanie się w rozpaczy jest zupełnie bezużyteczne. Trzeba coś robić. Przekraczając granicę Indii, postawiłem poświęcić się bez reszty budowaniu instytucji, które zachowają nasze dziedzictwo. Podołaliśmy temu zadaniu.
Sytuacja polityczna w Chinach jest niestabilna, ale rośnie zainteresowanie buddyzmem. Wielu prosi mnie, żebym tam pojechał, jednak trudno byłoby nauczać buddyzmu w kraju, w którym nie ma wolności. Uważam, że lepiej robić to w Indiach.
Mieszkańcy Himalajów dzielą z nami religię i kulturę, język i piśmiennictwo. Robię, co mogę, żeby zachować i wzmocnić łączącą nas więź.
Zagajenie po przyjeździe do Ladakhu (w którym Jego Świątobliwość zaczął spędzać najbardziej upalne miesiące), 25 lipca 2025 roku.