Tybetańska kultura ma wielką wartość. Budzi zainteresowanie współczesnych naukowców. Nie jest abstrakcją, służy do stosowania w codziennym życiu. Tybetańskie tradycje duchowe są niczym złoto – można je polerować i wytrzymują każdą próbę. Zachodnia psychologia dostrzega ich unikalność i stara się je zgłębiać.
Poświęciła Pani życie wszystkim ludziom na całym świecie, którym odbierane są ich prawa.
Zawsze uważałem, że rządy prawa, niezależne sądownictwo i wolne media są najlepszą gwarancją, iż państwo będzie służyć swoim obywatelom, a tym samym i całej ludzkości.
Pytaniom, na które postaramy się tu odpowiedzieć, choć są bardzo proste i zasadnicze – Czego chcą tybetańscy dysydenci? O czym myślą? – nie poświęcano do tej pory wiele uwagi. Nie powstrzymało to wszakże licznych autorów od stanowczych sądów na ten temat – nie ukrywam, że do napisania niniejszego artykułu skłoniły mnie właśnie kontrowersyjne wypowiedzi tego typu. W liście do redakcji New York Timesa, zatytułowanym „Jeśli idzie o ducha, tybetańscy lamowie przypominają irańskich mułłów”, czytamy: „Wróciłem właśnie z podróży do Tybetu i Chin. W Tybecie widziałem latarnie zniszczone przez demonstrantów, na czele których stali lamowie. Ci sami demonstranci manifestowali niechęć wobec wznoszonych z chińską pomocą budynków. Wielu ciemnych lamów i mnichów uważa wprowadzenie elektryczności, kanalizacji i oświaty za zagrożenie dla ich władzy. (…) Smród dobywający się z izb mnichów w pobliżu wrót Potali najlepiej świadczy o stopniu ich rozwoju. Mnisi mogą uczyć się pisać i czytać, mogą też się kąpać – z tych demokratycznych praw postanowili jednak nie korzystać”1.
Zawsze podziwiałem odwagę i determinację ludzi, którzy gotowi są stanąć w obronie innych. Pewnie zdziwicie się, słysząc, że moim zdaniem mnisi, żołnierze, marynarze i lotnicy mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Wszystkich nas obowiązuje surowa dyscyplina, nosimy mundury i polegamy na towarzyszach.
Wszystkie nasze działania za granicą są protestem przeciwko chińskiej okupacji i polityce twardej ręki, którą Komunistyczna Partia Chin rządzi Tybetem. Chcę dziś powiedzieć kilka słów. Nie zwracam się do Tybetańczyków w ojczyźnie, którzy z wielką odwagą ciągle narażają życie, walcząc o ocalenie naszego języka, kultury i godności. W tej sytuacji po prostu nie mam prawa do nich mówić.
Pragnę jednak powiedzieć cztery rzeczy Tybetańczykom na wychodźstwie.
Tybetański działacz dokonał samospalenia przed siedzibą Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku.
Pięćdziesięciodwuletni Lobsang Palden – nazwany przez przyjaciół Lobga Rangzen (Niepodległość) – podpalił się, powiewając zakazaną w ojczyźnie tybetańską flagą, przed budynkiem ONZ wieczorem 2 lipca. Zmarł po przewiezieniu do szpitala.
Kilka dni przed dziewięćdziesiątymi pierwszymi urodzinami Dalajlamy w ChRL zacznie obowiązywać jedna z najbardziej niepokojących ustaw. Tytułowe „etniczna jedność i postęp” nie brzmią groźnie, podobnie jak „harmonia społeczna” i „wspólna przyszłość”, którym służyć mają nowe przepisy, jeśli jednak przeczytacie cały dokument, przekonacie się, że macie powody do niepokoju, gdyż Pekin przyznaje sobie właśnie prawo do ścigania krytyków polityki Chin na całym świecie, także w Stanach Zjednoczonych.
Tybet nie ginie przez potęgę Chin, tylko przez obojętność świata.
Świat dobrze wie, co wydarzyło się w Tybecie. Świat wie, że skradziono nam ojczyznę, zdeptano religię, odebrano język i zburzono klasztory. Świat wie o zabijaniu, torturowaniu i więzieniu niewinnych, o życiu w ciągłym strachu. Ale o to nie dba.