Dziamjang Norbu: Szczyt tybetańsko-chiński z perspektywy Fistaszków

Mimo że mały świat Tybetańczyków i przyjaciół Tybetu jest bardzo eklektyczny, obawiam się, że może w nim nie być zbyt wielu fanów świętej pamięci Charlesa Schulza i jego cudownych komiksów o Fistaszkach. Jeśli jednak są, proszę, by przypomnieli sobie znaną, powtarzaną w wielu wariantach historyjkę, która posłużyła mi za swego rodzaju parabolę, ilustrującą podobną niezdolność tybetańskich przywódców do wyciągania wniosków z trudnych, często bolesnych, doświadczeń.

Wszystkie te komiksiki sprowadzają się w zasadzie do jednego, który wygląda mniej więcej tak: Lucy stara się przekonać Charlie’ego Browna do wzięcia rozbiegu i kopnięcia piłki (tej z amerykańskiego futbolu), którą, niczym profesjonalni gracze, stawia dlań na ziemi i utrzymuje w odpowiedniej pozycji paluszkiem. Chłopiec walczy ze zrozumiałą podejrzliwością, gdyż dawał się na to nabrać setki razy, a Lucy zawsze w ostatniej chwili zabierała piłkę. Dziewczynka jest jednak uparta i powoli rozwiewa wątpliwości Charlie’ego. W rękawie trzyma asa, ostateczny argument: „Spójrz mi w oczy. Czy te oczy mogą kłamać?”. I w końcu stary, dobry Charlie Brown zgadza się. Pędzi ze wszystkich sił – z kącika ust wystaje mu koniuszek języka – i składa się do potężnego wykopu. Lucy, ma się rozumieć, w ostatniej chwili zabiera piłkę, a on fika koziołka i ląduje na plecach. Na ostatnim obrazku dziewczynka pochyla się nad półprzytomnym Charlie’m i pyta: „Czyż zaufanie nie jest czymś naprawdę cudownym?”.

Muszę się przyznać, że pisałem już o Fistaszkach. W 1994 roku. Tamten artykuł również dotyczył wizyty Gjalo Thondupa w ChRL, w którego ślady, jak teraz, rychło podążyła oficjalna delegacja rządu tybetańskiego. Zjawisko wizyt wysłanników Dalajlamy w Chinach i Tybecie – oraz towarzyszący im zgiełk – nie są przecież niczym nowym. W rzeczy samej było ich tyle, że mógłbym pewnie odgrzebać tekst, który napisałem z okazji pierwszej wycieczki, i publikować go raz po raz. Myślę, że nikt by się nie zorientował. Nie obawiajcie się jednak, nie zrobię tego. Zacytuję tylko fragment, żeby pokazać, skąd wzięły się Fistaszki.

„Ilekroć sprawa Tybetu nabiera rozgłosu, czy to za sprawą demonstracji w Lhasie czy przyznania Dalajlamie Pokojowej Nagrody Nobla, Chińczykom niemal nieodmiennie udaje się odwrócić uwagę świata przy pomocy gładkich anonsów prasowych, w których deklarują gotowość podjęcia rozmów z Dalajlamą albo jego przedstawicielami. Na wieść o tym sympatycy Tybetu oddychają z ulgą i sytuacja zostaje skutecznie rozładowana. W Dharamsali obwieszcza się wyjazd delegacji, a wszystkie koterie zawzięcie intrygują, by wepchnąć do niej swojego człowieka. Nic, oczywista, z tego nie wynika. Jednak raz na jakiś czas misja faktycznie dojeżdża do Pekinu. I zawsze wraca do Dharamsali półprzytomna – z miną lądującego na ziemi Charlie’ego Browna”… itd. itp. (Tibetan Review, marzec 1994).

O cóż więc szło tym razem Pekinowi, gdy zapraszał Gjalo Thondupa i oficjalną drużynę z Lodi Gjarim et consortes? Każdy w miarę inteligentny człowiek zdaje sobie przecież sprawę, że Chiny nie mają najmniejszego zamiaru układać się z Dalajlamą ani z żadnym przedstawicielem rządu emigracyjnego. Bodaj przed tygodniem Radio Free Asia przeprowadziło wywiad z historykiem Ceringiem Szakją i ze mną, pytając, oczywiście, o pobudki Pekinu.

Cering odparł, że głównym powodem wystosowania zaproszenia jest zapewne zbliżająca się wizyta Jiang Zemina w Stanach Zjednoczonych. Jego ostatni przyjazd do tego kraju doszczętnie zepsuły potężne, hałaśliwe i szczegółowo opisywane przez media demonstracje organizowane przez Tybetańczyków i przyjaciół Tybetu. Siła protestów skłoniła prezydenta Clintona do powiedzenia Jiangowi, że powinien rozmawiać z Dalajlamą. Potem powtórzył ten apel na szczycie w Pekinie. Jeśli więc podczas planowanej wizyty jakiś amerykański prezydent, czy ktokolwiek inny, napomknie Jiangowi, że powinien rozmawiać z Dalajlamą, ten zupełnie spokojnie będzie mógł odpowiedzieć, że właśnie to robi, bagatelizując cały problem.

Nie tylko uważam, że Cering-la ma w stu procentach rację, ale i obawiam się, że wizyta delegacji – oraz wszystkie wywołane przez nią nadzieje i rozterki wśród Tybetańczyków i ich sympatyków – poczyni ogromne szkody w ruchu na rzecz Tybetu. Wiem na pewno, że wykoleiła już wielką kampanię SFT. Słyszałem też mgliste, lecz bardzo niepokojące pogłoski, iż Dharamsala zamierza zwrócić się do wszystkich Tybetańczyków i organizacji wspierających Tybet o nieorganizowanie protestów podczas wizyty Jianga w USA.

O tym, że Chiny nie zamierzały rozpocząć prawdziwych negocjacji, najlepiej świadczy konsekwentne, oficjalne umniejszanie wizyty – którą ciągle nazywano „prywatną” – oraz bezustanne powtarzanie, że polityka Pekinu wobec Dalajlamy nie uległa zmianie. W oświadczeniu przekazanym agencji AFP (28 września) Lodi Gjari, główny wysłannik, powiedział, że delegaci „szczerze wymieniali poglądy” z urzędnikami w Pekinie, którzy nie zmienili stanowiska w sprawie nieotwierania dialogu z Dalajlamą. Gjari dodał również, że Chińczycy powtarzali „znane stanowisko rządu Chin w sprawie dialogu z Jego Świątobliwością”.

Jeżeli uważnie przeczytamy to oświadczenie i inne doniesienia, usuwając z nich – najlepiej przy pomocy grubego, czarnego mazaka – całe pustosłowie, pełen ogromnych (choć zupełnie płonnych) nadziei szczebiot oraz napompowane frazesy o „przełomowych wizytach”, „szczerych rozmowach” i „nowych rozdziałach w relacjach”, zostanie nam nagi, zimny fakt: Chiny nie chcą nawet myśleć o jakimkolwiek dialogu w sprawie Tybetu.

Gjari natomiast pragnie wrócić do Pekinu. „Jesteśmy w pełni świadomi, że celu tego nie da się osiągnąć w trakcie jednej wizyty”, powiada. Jasne, że nie. Zupełnie możliwe, że jakiś chiński urzędas rzucił od niechcenia: „wpadnij jeszcze” albo „wpadnij za rok”. Takie słowa rzeczywiście mogły paść, bo po powrocie delegatów do Dharamsali, tybetański rząd emigracyjny „wyraził nadzieję, że negocjacje w sprawie większej autonomii Tybetu będą mogły rozpocząć się przed lipcem” (AP, 28 września). Skoro Chińczycy dali bardzo jasno do zrozumienia, że nigdy nie będą negocjować, ale wysłannicy mogą do nich znów przyjechać w lipcu przyszłego roku – wypada zadać sobie pytanie: dlaczego w lipcu?

Na początku listopada rozpocznie się proces zasadniczych zmian w chińskich władzach; ster przejmie czwarta generacja (pierwsza – to ta od Mao). Według Zonga Hariena (pseudonim partyjnego aparatczyka), którego książkę na ten temat – Disidai („Czwarta generacja”) – opublikuje za miesiąc chińskie wydawnictwo z USA, zmieni się nie jeden czy dwóch liderów, ale cała najwyższa półka. Ostatnie nominacje w strukturach armii i rządu zostaną nadane w marcu 2003 roku, kiedy do formalnie zaakceptuje je Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych. W lipcu będziemy więc mieć w Pekinie zupełnie nowy reżim i szczerze wątpię, by znalazł on czas na bezsensowne spotkanie, które mogła, mimochodem, naznaczyć poprzednia administracja, żeby „separatyści” nie zakłócili ostatniej oficjalnej wizyty byłego prezydenta w Stanach Zjednoczonych.

Z równowagi wytrąca mnie tylko to, ba, napawa palącym wstydem, że naszych ograniczonych, pochlipujących, zalęknionych przywódców i „dyplomatów” wyprowadził w pole – jak dzieci – nie jakiś demonicznie przebiegły doktor Fu Manchu, ale taki tani, oczywisty trik. Boję się, że trudno tu nawet mówić o jakiejś sztuczce. Wygląda na to, że nasi przywódcy coraz bardziej wyrabiają sobie – kłania się Pawłow – odruchy warunkowe. Dziś Pekin tylko pstryka palcami, a brat Dalajlamy i inni wysłannicy natychmiast przebierają nóżkami. Nie zadając żadnych pytań.

Ta deklaracja dan xiang si – czyli, jak pięknie ujmują to Chińczycy, „jednostronnej miłości” – tybetańskich przywódców jest tak rozdzierająco żałosna, że graniczy z masochizmem. Agencja AP, na przykład, doniosła 28 września, iż „tybetański rząd emigracyjny oświadczył w sobotę, że chińscy urzędnicy po raz pierwszy traktowali wysłanników jak równych sobie”. Jakież to miłe z ich strony! Jak zatem przyjmowano poprzednie delegacje? Musiały bić pokłony? Albo całować Chińczyków w dupę?

Chińczycy zawsze mieli złe zdanie o „barbarzyńskich wysłannikach” – o ile, oczywiście, nie traktowali ich z jawną pogardą – którzy przybywali do Czang’anu lub Pekinu, aby złożyć „hołd” cesarzowi. Postawa ta zakorzeniona jest w tradycyjnym, rasistowskim, sinocentrycznym i zupełnie bezpodstawnym przekonaniu o wyższości kultury chińskiej. Tybetańscy ministrowie, tacy jak wielki Gar Tongcen, błyszczeli na dworze Tangów inteligencją, przebiegłością i dyplomatycznymi zdolnościami. Tybetański poseł, który przeszedł do historii pod nadanym mu przez chińskiego kronikarza imieniem Żong-Zong, wprawił cesarza w zdumienie głęboką znajomością chińskiej literatury i języka. Bądźmy jednak sprawiedliwi. Wśród licznych tybetańskich, mongolskich czy ujgurskich dygnitarzy, którzy odwiedzali stolicę Chin, musieli być przecież i ludzie głupi, służalczy czy wręcz skorumpowani (na takich misjach można było i dobrze zarobić, i dorobić handlem), zasługujący zapewne na miano „barbarzyńców”. Społeczność tybetańska potraktuje dzisiejszych wysłanników z podobną pogardą, jeśli uzna, że się sprzedali. Jeżeli wykonają rozkazy Pekinu i poproszą rząd emigracyjny o zatrzymanie wszystkich demonstracji oraz protestów podczas wizyty Jiang Zemina w Stanach Zjednoczonych, historia z pewnością osądzi ich znacznie surowej.

Proszę wszystkich Tybetańczyków, przyjaciół i aktywistów, by całe to zamieszanie nie odebrało im ducha. Witajcie Jianga wszędzie, gdzie się pojawi. Niech wasze okrzyki rozdzierają uszy, niechaj wypełnią się ulice, latają zgniłe pomidory, policjanci nacierają w oparach gazu łzawiącego – wszystko to na tak bezprecedensową skalę, by stary Jiang zapamiętał sobie, że jeśli nawet uda mu się ogłupić kilku naszych liderów lub ułożyć z nimi, to naród tybetański i jego wypróbowani przyjaciele nigdy – nigdy, nigdy, nigdy – nie zrezygnują z walki o niepodległość Tybetu oraz sprawiedliwość.

 

 

 

wrzesień 2002