Wszystkie nasze działania za granicą są protestem przeciwko chińskiej okupacji i polityce twardej ręki, którą Komunistyczna Partia Chin rządzi Tybetem. Chcę dziś powiedzieć kilka słów. Nie zwracam się do Tybetańczyków w ojczyźnie, którzy z wielką odwagą ciągle narażają życie, walcząc o ocalenie naszego języka, kultury i godności. W tej sytuacji po prostu nie mam prawa do nich mówić.
Pragnę jednak powiedzieć cztery rzeczy Tybetańczykom na wychodźstwie.
Tybet nie ginie przez potęgę Chin, tylko przez obojętność świata.
Świat dobrze wie, co wydarzyło się w Tybecie. Świat wie, że skradziono nam ojczyznę, zdeptano religię, odebrano język i zburzono klasztory. Świat wie o zabijaniu, torturowaniu i więzieniu niewinnych, o życiu w ciągłym strachu. Ale o to nie dba.
Klasztor Drepung Gomang – jedna z najważniejszych instytucji monastycznych szkoły gelug buddyzmu tybetańskiego – ukarał dyscyplinarnie duchownego, który po raz trzeci został deputowanym tybetańskiego parlamentu na wychodźstwie, i formalnie zakazał swoim mnichom stawania do wyborów.
Po historycznych wyborach, które zmiotły prochińską koalicję partii komunistycznych (z aresztowanym już za wydanie rozkazu strzelania do demonstrantów premierem Oli), Pekin „całym ciężarem” naciska na nowe władze Nepalu „w sprawie Tybetu i Tajwanu”.
Dhargje – mnich z Sertharu (chiń. Seda) w prefekturze Kardze (chiń. Ganzi) prowincji Sichuan zatrzymany przez policję w Lhasie w sierpniu 2021 roku – „odbywa karę siedmiu lat pozbawienia wolności”.
Język jest duszą narodu, ta zaś stoi na prawdzie. Kiedy nacji grozi zagłada, sprawą najważniejszą jest przekazanie – wszystko jedno, w jakim narzeczu – tej prawdy całemu światu.