Nakcang Nulo: W odpowiedzi

Tylko ślepi i głusi mogą nie wiedzieć, że od kilku lat w Tybecie dochodzi do pokojowych protestów w formie samospaleń. Najpierw podpalali się mnisi i mniszki, potem w ogień zaczęli iść świeccy, także bardzo młodzi, uczniowie. Było ich już dziewięćdziesięcioro siedmioro. Dlaczego? Dlaczego to się dzieje? Czemu ma służyć? Dobremu czy złemu? Przynosi pożytek czy szkodę? Powinno trwać czy natychmiast się skończyć? Te pytania musi zadać sobie każdy Tybetańczyk. O ile, oczywiście, coś czuje. Nadszedł też czas na udzielenie jasnych odpowiedzi, opartych na prawdzie i uczciwości.

Zgadzam się całkowicie z tymi z was, którzy mówią, że w obliczu wyzwania stojącego przed całym narodem, każdy Tybetańczyk musi mieć własny pogląd i zdanie. Niemniej jego wyrażenie, danie upustu uczuciom i myślom, odwaga ich głoszenia – to już kwestia rozmaitych czynników. Nie należy więc oczekiwać chóralnych odpowiedzi. Weźmy mnie. Mój byt zależy od pensji. Człowiek, który jak ja utracił kontrolę nad swoim życiem i śmiercią na rzecz władzy wyższej, nie ma swobody wypowiadania się krytycznie na tematy dotyczące płatnika własnych poborów. Brak mi też odwagi potrzebnej do urażenia uczuć swego dobrodzieja. Prawdę powiedziawszy, wiem, że od roku jest to przestępstwem. Nie przywykłem jednak do kłamania i uśmiechania się nad herbatą, robiąc idiotę z siebie i bliźnich. Co więcej, nie muszę rozkładać rąk, żeby zmierzyć złotego Buddę. A więc krótko: bez względu na to, co kto mówi, podpalenie siebie, i tylko siebie, jest aktem protestu bez użycia przemocy. Wszyscy, którzy poszli w ogień, duchowni i świeccy, mieli niewzruszoną wiarę i jasny cel. Powszechnie wiadomo, że postanowili złożyć się w ofierze, nie żałując nawet własnego życia. W obliczu tego mogę co najwyżej po kryjomu przełykać łzy, opłakując tych, co odeszli w płomieniach. Nie mam nawet z kim dzielić smutku.

Chcę jedynie powiedzieć, właściwie chcę tylko prosić o jedno – niezależnie od tego, jak złe i okrutne przyszło wam znosić rządy, błagam, nie idźcie w ogień. Możecie walczyć i stawiać opór w każdy inny sposób, ale proszę, nie podpalajcie się. Zaklinam jeszcze raz, bez względu na czystość waszych intencji i nadziei, nie dokonujcie samospaleń.

Cierpię przecież, i słysząc zalew bredni. Pewnym durniom zdarza się mówić, że podpalają się ludzie syci, którzy są za głupi, żeby pojąć własne szczęście i znaleźć sobie coś lepszego do roboty. Rzeczywiście bardzo śmieszne. Wygląda na to, że nie tylko ślepnę, ale i głuchnę. Wiem, rzecz jasna, o ludziach, którzy odbierali sobie życie, bo nie umieli już dźwigać brzemienia bólu, po raz pierwszy słyszę jednak o takich, którzy idą w ogień z braku innego zajęcia. Albo czegoś nie dosłyszę za sprawą starości, albo nie umiem czytać między wierszami wypowiedzi matołów.

Są też cynicy, którzy powiadają, że podpalają się tylko głupcy i że robią to bez powodu. Albo pensja i kariera okręgowego komisarza pomieszały mi w głowie, albo po sześćdziesięciu pięciu latach na tym padole straciłem sumienie i rozum, wydaje mi się jednak, że od bardzo dawna widzę wokół siebie wykształconych młodych ludzi, którzy całymi dniami uganiają się za pieniędzmi i posadą, oraz lamów i opatów porzucających rodzime klasztory, żeby dorobić na gościnnych występach w Chinach. I oto dowiaduję się nagle, że pośród sześciu milionów Tybetańczyków znalazło się stu idiotów, którzy postanowili się spalić. Najwyraźniej ja jestem jeszcze głupszy, bo nijak nie przemawia do mnie wizja, wedle której mądrzy cieszą się życiem, a durnie składają je w ofierze. I skąd ten rozrzut w naszej homogenicznej ludzkiej rodzinie?

Ludzi bezwstydni mówili o podżeganiu do samospaleń. Kłamstwo i propaganda nie wymagają najwyraźniej moralności ani znajomości dobrego i złego. A może znowu jestem za głupi. Pewnie mógłbym sobie wyobrazić urobienie jakiegoś młodzika, ale nie uczonych lamów, mnichów, mniszek, dorosłych mężczyzn i dojrzałych kobiet. A już na pewno nie osoby tak wykształconej i doświadczonej, jak Tamdin Dordże, dziadek Siódmego Gungthanga Rinpoczego. Ci ludzie szli w ogień z jasnym celem i czystą wiarą. Nie umiem sobie tego wyjaśnić inaczej. Czego by zresztą nie mówiono, jedno nie ulega wątpliwości: nawet tchórze mojego pokroju, dbający tylko o własny brzuch i tyłek, słyszą na każdym kroku, że wszyscy, którzy spłonęli, wołali o powrót do Tybetu Jego Świątobliwości Dalajlamy. Tu nie ma innych wersji. Co więcej, pragnienie samospaleńców jest wspólną, niewzruszoną nadzieją wszystkich Tybetańczyków. I wie o tym cały świat.

O wolność i marzenia można walczyć na wiele sposobów. W czasach tak zwanego dobrego przywództwa partii komunistycznej, sprawnych rządów administracji, szybkiego rozwoju gospodarczego i wysokiej stopy życiowej, ludzie, grupy obywateli czy też nacje winni mieć możliwość dochodzenia swych praw i racji u władz lokalnych, regionalnych, a nawet centralnych drogą prawną bądź przy pomocy petycji. Może samospalenie nie musi być koniecznością. To oczywiście tylko słowa człowieka, który nie wie zbyt wiele, niemniej błagam jeszcze raz: niezależnie od tego, jak złe i okrutne przyszło wam znosić rządy, nie podpalajcie się. Korzystajcie z wszelkich metod walki i oporu, tylko nie czyńcie ofiary z własnego życia. Niech największa nawet czystość oraz wzniosłość ideałów i wiary nie popycha was w ogień. Zwłaszcza zaś zwracam się do naszego Rdzennego Guru, Jego Świątobliwości Dalajlamy o modlitwę w intencji oceanu tybetańskich cierpień oraz o wystosowanie apelu do dzielnych Tybetańczyków o niedokonywanie samospaleń.

Mój przyjacielu Tethorze Lobsangu, wszyscy jesteśmy zobowiązani do myślenia o interesach naszego narodu oraz o właściwych relacjach między nacjami i stabilności państwa. Bardzo chciałem odpowiedzieć tą drogą na wasze pytania. Mam nadzieję, że przeczytacie list, w którym bezładnie zebrałem garść tych myśli. Wybaczcie błędy.

 

13 stycznia 2013



 

 

Nakcang Nulo, emerytowany urzędnik, napisał i wydał własnym sumptem jedną z najgłośniejszych w ostatnich latach tybetańskich książek – autobiograficzne „Radości i smutki chłopca z Nakcangu”. Głos w sprawie samospaleń zabrał na prowadzonej przez siebie stronie internetowej.