Nie jestem twoim kolegą
Chyba nigdy się nie spotkaliśmy
Znam tylko twoje imię
I sprawę, za którą umarłeś
Nie jestem twoim kolegą
Chyba nigdy się nie spotkaliśmy
Znam tylko twoje imię
I sprawę, za którą umarłeś
Władze chińskie wprowadziły „nadzwyczajne środki bezpieczeństwa” w Dolnym Zako, rodzinnym miasteczku Lobgi Rangzena w Kardze (chiń. Ganzi), w prowincji Sichuan.
Tybetański samospaleniec z Nowego Jorku nazywa się Lobga Rangzen, a nie Lobga „Langzeng”! Proszę to poprawić! Proszę uszanować jego imię!
Wszystkie nasze działania za granicą są protestem przeciwko chińskiej okupacji i polityce twardej ręki, którą Komunistyczna Partia Chin rządzi Tybetem. Chcę dziś powiedzieć kilka słów. Nie zwracam się do Tybetańczyków w ojczyźnie, którzy z wielką odwagą ciągle narażają życie, walcząc o ocalenie naszego języka, kultury i godności. W tej sytuacji po prostu nie mam prawa do nich mówić.
Pragnę jednak powiedzieć cztery rzeczy Tybetańczykom na wychodźstwie.
Tybetański działacz dokonał samospalenia przed siedzibą Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku.
Pięćdziesięciodwuletni Lobsang Palden – nazwany przez przyjaciół Lobga Rangzen (Niepodległość) – podpalił się, powiewając zakazaną w ojczyźnie tybetańską flagą, przed budynkiem ONZ wieczorem 2 lipca. Zmarł po przewiezieniu do szpitala.
Chcę więc spłonąć. Bez żalu.
Zapalam w umyśle to cudowne światło jak maślaną lampkę.
Ciało, niczym miseczka z ołtarza, całym sobą pragnie złożyć się w ofierze.
Gorejący klejnot zgasł w ogniu
Młody głos rozpłynął się w wietrze
Piękny uśmiech znikł ze słońcem
Czysty umysł przepadł w bardo
Schorowany Raczung Gendun – mnich klasztoru Kirti w Ngabie (chiń. Aba), w prowincji Sichuan – 16 listopada został zwolniony z więzienia, w którym spędził trzy i pół roku za przekazanie symbolicznego datku z prośbą o modlitwy Dalajlamy.
Święto Środka Jesieni spędziłem w wiosce Xisuo. Chyba nigdy nie widziałem tak jasnego nieba nocą.
W gościnnym pokoju domu zbudowanego w tybetańskim stylu ryczał telewizor. „Nawet gdy jesteśmy daleko od siebie, świeci nam ten sam księżyc”. Przeszedłem do kuchni, żeby porozmawiać z gospodarzem, sześćdziesięcioośmioletnim emerytowanym sekretarzem miejskiego komitetu partii. Jego przodkowie odrabiali pańszczyznę w majątku lokalnego watażki Zhuokeji, syn był zastępcą dyrektora w tamtejszym urzędzie, a wnuk służył w drogówce i kilka godzin wcześniej jechał za nami radiowozem.
Siostra Palden Czosang, trzydziestopięcioletnia mniszka buddyjska, 3 listopada 2011 roku podpaliła się na środku ulicy tybetańskiego miasteczka. Na zrobionym wcześniej zdjęciu pozuje przed ołtarzem w małym, skrupulatnie wysprzątanym pokoju. Siedzi skromnie, jak mniszki wszystkich tradycji, ale trudno oderwać wzrok od jej twarzy. W patrzących prosto w obiektyw oczach maluje się niezwykły spokój i determinacja.