NN: To nie może być koniec tybetańskich rozgłośni

Dorastając w Tybecie w latach dziewięćdziesiątych, usypiałem przy cichych trzaskach radia. Rytuał powtarzał się co wieczór. Gdy tylko zaszło słońce, dziadek wstawał, ryglował okna i drzwi, po czym zasiadał przed starym drewnianym radioodbiornikiem, którego krawędzie zdążyły się zaokrąglić od gładzenia palcami.

Po kilku obrotach pokrętła z głośnika rozlegały się trzaski, które brzmiały tak, jakby pochodziły z odległego zakątka kosmosu. Po chwili przez ten hałas przebijał się cichy, ale dźwięczny głos spikera, niczym zygzak błyskawicy na nocnym niebie. Wieści z dalekiego świata zapalały iskry w oczach dziadka.

Słuchał tych audycji Głosu Ameryki i Radia Wolna Azja w absolutnym skupieniu. Każda pauza, każdy akcent miały znaczenie, przynosząc wiadomości o Jego Świątobliwości Dalajlamie, informacje o życiu diaspory, marzenia – odległe, ale zawsze żywe – o wolnym Tybecie. Radio nie było zwykłym przedmiotem, tylko mostem do świata. Przypominało, że nie jesteśmy sami.

Rano te nocne trzaski były najważniejszym tematem rozmów przy śniadaniu. Pochylając się nad parującą miską campy, dziadek opowiadał, gdzie był i o czym mówił Jego Świątobliwość, co dzieje się za naszą granicą i z czego możemy czerpać nadzieję. „Słońce szczęścia wkrótce wzejdzie nad Tybetem”, powtarzał i miał rację: te chwile były jak błysk światła w mroku codziennej niepewności.

Noce nie przynosiły jednak samych informacji. Dziadek mówił też o religii i rozwadze. Przypominał rodzicom o konieczności zachowania wiary, cytował przestrogi i nauki Klejnotu Życzeń. Zniżał głos i promieniał, szepcąc om mani peme hung, jakby głębia modlitwy nie mogła pomieścić się w słowach. Upominał, że spoczywa na nas obowiązek chronienia przyrody, wszystkich zwierząt i roślin. W takich chwilach dom nie był czterema ścianami i dachem, tylko sanktuarium historii, świątynią wiary, wytrwałości i oporu kolejnych pokoleń.

Za oknami wiatr niósł przez noc szczekanie psów i trzaski innych radioodbiorników, szukających w sąsiednich domach tych samych zakazanych częstotliwości. Miasteczko spało, ale w ciemności migotał płomyk nadziei – delikatny, uparty, żywy.

Nocne słuchania było więcej niż rytuałem. Łączyło nas z czymś większym, zwracało odebrany głos, dawało nadzieję w chwilach niepewności, przypominało, że nie jesteśmy sami w walce o wolność i samostanowienie.

Mimo upływu lat wciąż pamiętam te noce. Na wieść, że Radio Wolna Azja i Głos Ameryki zamilkną, poczułem się tak, jakbym patrzył na spadającą gwiazdę. Jakby odbierano mi część dzieciństwa, jakby ustawał puls, jakby zrywano nić łączącą diasporę z krajem.

Choć słychać same trzaski, nie chcę wierzyć, że to koniec. Nadzieja, tęsknota, wiara ciągle gdzieś tam rozbrzmiewają, czekając, aż ktoś się dostroi.

Oby słońce szczęścia rychło wzeszło nad Tybetem!

 

30 marca 2025

 

 

 

Za Tibetan Review. Tekst niepodpisany ze względu na bezpieczeństwo krewnych w Tybecie.