Władze chińskie „zabraniają udzielania pomocy” po powodzi w Kjirongu

Tybetańczycy skarżą się, że władze chińskie „zabroniły ludziom udzielania pomocy” po nagłej powodzi, która 26 sierpnia spustoszyła Kjirong (chiń. Jilong) w Szigace (chiń. Xigaze, Rigaze), w Tybetańskim Regionie Autonomicznym oraz Rasuwę po nepalskiej stronie granicy.

Według tybetańskich źródeł policja natychmiast zamknęła cały okręg, zakazując wstępu „nieupoważnionym” (w tym spieszącym z pomocą wolontariuszom) oraz wszystkim „cywilnym pojazdom”. „Po trzęsieniu ziemi w Dingri w 2025 roku pomagał cały Tybet. Teraz natychmiast tego zakazali”.

Mieszkańcy Tybetu i diaspora zarzucają Pekinowi (rutynowe) zaniżanie liczby ofiar, których po „chińskiej” stronie było oficjalnie 43 (przy ponad 1340 w Nepalu), a społeczność międzynarodowa wytyka blokadę informacyjną oraz nieobecność zagranicznych dziennikarzy i ekspertów, nieudzielanie informacji bliskim zmarłych i zaginionych, a także doraźne karanie (co najmniej dziesięciu osób) za „rozpowszechnianie pogłosek”.

Pekin nie opublikował listy ofiar. Zrozpaczeni ludzie sporządzają listy nieoficjalne i zamieszczają zdjęcia bliskich oraz apele o pomoc w ich odnalezieniu na najróżniejszych portalach i w komentarzach na stronach influencerów. Według chińskich „obrońców praw” władze obawiają się „zbiorowej żałoby”, która mogłaby przerodzić się w „żądanie prawdy i egzekwowania odpowiedzialności”.

Mieszkańcy Kjirongu informują o zagładzie „całych wiosek”. „W ciągu trzech minut – mówi źródło Radia Wolna Azja (RFA) – wezbrana rzeka do przejścia granicznego”, które wiosną skończono remontować po powodzi z 2025 roku. „Nikt tam nie ocalał, a w samej osadzie było ponad trzydzieści osób”.

Wielu mieszkańców okolicznych wiosek „zatrudniono przy pracach drogowych. Większość nie żyje. Wszystko to przypominało sen i działo się niesamowicie szybko”.

Lokalny urzędnik powiedział RFA, że „kilkunastu ocalałych umieszczono w noclegowniach i prywatnych kwaterach. Wolałbym o tym nie mówić”. Inne źródło twierdzi, że w wiosce Resuo ocalały tylko dwie osoby, „które zdążyły wbiec na zbocze”. „Fala popłynęła trzy kilometry pod prąd rzeki, niszcząc po drodze wszystkie domy”.

Na przejściu granicznym było dziesięciu tybetańskich przewodników z Lhasy, czekających tam na wycieczki i pielgrzymów. Wszystkich uznano za „zaginionych”.

„Woda spadła jak grom z jasnego nieba i przypominała trzęsienie ziemi. Fala była wysoka jak budynek w mieście, zasłoniła niebo”.

„Nie możemy wrócić w rejon katastrofy. Zostało nam tylko pocieszanie krewnych ofiar”.