Media algorytmiczne zalała fala tybetańskich protestów po „zbezczeszczeniu ołtarza” bóstw opiekuńczych przez chińskiego turystę.
Protesty wywołał film, na którym chiński turysta kradnie ofiarę z ołtarza i wylewa resztki do płonącej na ołtarzu maślanej lampki.
Tybetańczycy nazywają to „świętokradztwem”, „jawną prowokacją” oraz „zniewagą dla narodu tybetańskiego i wszystkich buddystów”, domagając się od władz „surowego ukarania” sprawcy czynu, „który godzi w jedność narodową”.
Oburzeni internauci piszą, że wszechobecne kamery, mundurowi i tajniacy najwyraźniej służą „czemuś innemu”, skoro pozwalają i nie reagują na takie występki.
„Nasze klasztory nie są scenografią do waszych lansów”. „Oczywiście, że znają zasady. To znacznie więcej niż brak ich poszanowania. Rozmyślne upokorzenie i celowa prowokacja”. „Nie wolno deptać niczyjej kultury. Mam nadzieję, że zajmą się tym odpowiednie departamenty”. „Ciekawe, że nie było komu ocenzurować tego akurat filmu”.
To kolejny tybetański protest przeciwko zachowaniu Chińczyków – pływaniu w wodach świętego jeziora, rozjeżdżaniu antylop, odpalaniu rac w rezerwacie itd. itp. – wykorzystujący „oficjalną” retorykę do wykazania indolencji i obłudy chińskich władz.