Właściwie wszyscy lubią Dalajlamę, nawet jeśli nie mieli takiego zamiaru. Warto spytać, dlaczego? Jeżdżąc po świecie jako autor i profesor, spotkałem mnóstwo osób, które darzą Jego Świątobliwość szacunkiem i widzą w nim wielki autorytet moralny. W czasach powszechnego poczucia rozgoryczenia i rozczarowania stanem rzeczy (mimo ogromnych postępów nauki i rozwoju kultury) źródłem optymizmu i nadziei dla świata jest skromny mnich z odległego Tybetu.
Obserwowałem to dziwne zjawisko przez całe lata czy to podczas wystąpień publicznych, czy prywatnych spotkań z wybitnymi naukowcami, dygnitarzami i głowami państw. Nawet materialiści garną się do tego duchownego, w którym wyznawcy widzą inkarnację bóstwa. Bez względu na to, kim są, ludzie rozpromieniają się na wspomnienie jego obecności i przesłania. Na pewno nie chodzi o buddyzm, bo wielu admiratorów praktykuje inne religie albo nie czuje związku z żadną. Dalajlama jest osobą bardzo dynamiczną, nie ma w nim przecież nic olśniewającego ani teatralnego. Bywa nazywany marzycielem, idealistą propagującym nierealną wizję światowego pokoju, niestosowania przemocy, demilitaryzacji i szczęścia, które wyrasta ze wspólnoty i sprawiedliwości.
Ludzie lubią go tak bardzo, gdyż mimo sytuacji na świecie i trwających od lat prześladowań rodaków Dalajlama widzi, że wszystko jest możliwe – nawet dobro, nawet prawda, nawet piękno. Choć tak popularny, powszechnie szanowany i szczerze oddany idei pojednania z chińskim okupantem, od ponad pół wieku żyje jednak na wygnaniu. Znów wypada spytać, dlaczego?
Napisałem całą książkę, wyliczając powody, dla których ludzie kochają Dalajlamę i powinni szanować go jeszcze bardziej. Tłumaczyłem, co mógłby zdziałać i uczyniłby dla Chin, gdyby mu tylko pozwolono. I ile byśmy zyskali, gdybyśmy zechcieli kierować się jego prostymi radami oraz wizją etyki i społeczeństwa. Wyliczałem małe kroczki, za sprawą których chińscy przywódcy mogliby przestać robić wroga z przyjaciela i zjednać sobie Tybetańczyków. I co wygrałyby obie strony, pracując ramię w ramię oraz dając sobie nawzajem to, czego im najbardziej trzeba.
Snułem wizję – autonomicznego i wolnego – kraju zwróconego Jego Świątobliwości i Tybetańczykom, przynoszącego wielki pożytek Chinom i całemu światu. Opierałem ją wyłącznie na słowach Dalajlamy. Jego wystąpienia, także te kierowane do najszacowniejszych gremiów, wydają się tak proste i bezpośrednie, że ludzie często nie doceniają ich wagi. Starałem się tłumaczyć najgłębsze, dalekosiężne implikacje, bo nie robi tego sam autor, gdyż jest na to zbyt skromny.
Wizja Dalajlamy jest najzupełniej słuszna, realistyczna i potrzebna. Nie ma w niej nic fałszywego, wydumanego ani szkodliwego. Był jej absolutnie wierny całe życie. Jeśli zrobimy użytek z jego mądrych rad, rozwiążemy wiele problemów Tybetu i Chin oraz zmienimy katastrofalny kurs świata.
Żeby było to zupełnie jasne – Dalajlama sam tego nie powie. Nigdy niczego sobie nie przypisuje i nie narzuca nikomu własnych poglądów. Co najwyżej radzi. Woli słuchać i dyskutować z przedstawianymi mu ideami. Jeśli miałbym się czegoś czepiać, powiedziałbym, że jest za skromny.
Jesteśmy w tym bigosie razem. Potrzebujemy nadziei i wiary – w siebie i własny potencjał ocalenia świata. Dla naszych dzieci i ich dzieci. Musimy mieć jasną wizję celu i realizować go najlepiej, jak umiemy. Jak mówi Dalajlama: dawać z siebie wszystko i nigdy się nie poddawać. Dzięki temu, nawet jeśli się nam nie uda, nie będziemy niczego żałować.
Wszystko jest możliwe. Zawsze, wszędzie, jakoś.
[2008]
Robert Thurman (1941–2026) – pierwszy „człowiek Zachodu” wyświęcony na mnicha przez Dalajlamę, autor niezliczonych książek i pionierskich przekładów – był (pierwszym dożywotnim) profesorem studiów buddyjskich Uniwersytetu Columbia, współzałożycielem Domu Tybetańskiego w Nowym Jorku, kawalerem orderu Padma Śri, jednego z najwyższych cywilnych odznaczeń Indii, wielkim przyjacielem Tybetańczyków i niestrudzonym propagatorem idei Jego Świątobliwości.