Oser: Po co wpychają się do domów i świątyń z „portretami przywódców”?

Pod koniec 2012 roku władze zaczęły wprowadzać politykę „dziewięciu obowiązkowych” w tybetańskich wioskach i klasztorach. Pierwsza powinność – posiadanie „portretów czterech przywódców”: Mao Zedonga, Deng Xiaopinga, Jiang Zemina i Hu Jintao – doprowadziła do wrzenia „obywateli sieci”, którzy, jak łatwo zgadnąć, głównie zadawali retoryczne pytania i złorzeczyli. Większość uznała wynalazek partii za cios w uczucia religijne i milowy krok w kierunku Korei Północnej. Eksperci skwitowali, że władza testuje granice cierpliwości Tybetańczyków, dając im kolejny pretekst do wzburzenia i protestów.

W wielu Chińczykach pamiętających masowe ruchy polityczne takie jak rewolucja kulturalna, rozkaz zawieszenia „portretu wielkich przywódców” wywołałby mdłości. Mao, trzeba przyznać, wciąż ma w Chinach wielbicieli, większość widzi w nim jednak zbrodniarza albo „zgniłą konserwę”. Aparatczycy z Tybetu, którzy zmuszają ludzi do ozdabiania w ten sposób ścian klasztorów buddyjskich i kwater duchownych, świetnie o tym wiedzą; równie biegle znają kalendarz i zdają sobie sprawę, że żyjemy w XXI wieku. Tyle że to nie jest zwykłe pranie mózgów. Nikt też nie próbuje przekonać świata, że Tybetańczycy kochają Komunistyczną Partię Chin. Sprawa wcale nie jest prosta i nie należy sprowadzać jej do takiego poziomu. Jeśli poświęcimy jej odrobinę uwagi, okaże się, że plan – zrodzony z głęboko zakorzenionego poczucia wyższości – sięga o wiele dalej.

Chińscy propagandyści i aparatczycy odpowiedzialni za „kwestię Tybetu” w żadnym razie nie są idiotami i doskonale wiedzą, często z własnego doświadczenia, czym była maoistowska „psychologiczna bomba atomowa”. Najwyraźniej uznali, że wciąż może być skuteczna w Tybecie. Tej trucizny nie podaje się w polewie z lukru; choć nie zabija, może spowodować ogromne spustoszenie. Mao posługiwał się swoją bombą w celu zastraszania i siania chaosu. Jego spadkobiercy robią dziś u nas dokładnie to samo.

Portrety wielkich przywódców” są jedną z takich bomb. Pomysłodawcy chcą zastąpić tradycyjny szacunek Tybetańczyków wobec wizerunków Buddy kultem partyjnych liderów, prawdę kłamstwem. Uważają, że kluczem do powodzenia tej strategii jest czas i konsekwencja. Oni nie błaznują – świetnie rozumieją, co robią, i nie przeszkadza im, że komuś wydaje się to zupełnym wariactwem.

Najważniejsze pytanie dotyczy tego, skąd czerpią pewność, że im się uda. Z chwilowego sukcesu Mao? Jestem przekonana, że czas nie zmienia tych ludzi, są dziś tacy sami, jak wtedy. Zawsze – mówię to z całą mocą – uważali Tybetańczyków za inny gatunek. Gorszy, niecywilizowany. Jego wiara w tę czy inną, prawdziwą czy fałszywą religię to ciągle ten sam głupi zabobon. Wystarczy więc zamienić jedną na drugą, te durnie to kupią – i jeszcze będą się cieszyć. A partia wygra wojnę. Niezmienność tej pogardy wobec Tybetańczyków jest poza wszystkim nudna.

Dlaczego będą wciskać „portrety” w Tybecie, a nie w Pekinie, Szanghaju czy Henanie? Ponieważ znakomicie wiedzą, że większość Hanów nie wyznaje żadnej religii i że przemawiają do nich wyłącznie pieniądze oraz dobra materialne. Da się coś za te płachty zjeść i wypić? Ludzie wyrzucą je w cholerę, chyba że będą nosiły numery i zapowie się losowanie nagród.

Próbują zastąpić starą religię własną od chwili wkroczenia do Tybetu pierwszych żołnierzy Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Jak teraz tych czterech (zaraz będzie pięciu), wtedy zawieszali wszędzie Mao Zedonga i Zhu De z jasnym przesłaniem: wyzwoliliśmy was, daliśmy nowe życie, więc z wdzięczności padnijcie przed nami na kolana.

Wmuszanie ludziom tych landszaftów, wyciskanie uniżonych uśmiechów i dukanych podziękowań dowodzi siły partii, której podlega nawet wystrój prywatnych mieszkań. Aparatczycy nie tylko każą zawieszać portrety na honorowym miejscu, zapowiadają też regularne niezapowiedziane wizyty kontrolne. Nie muszę chyba mówić, że brak obrazu albo nonszalancja w jego utrzymaniu będą miały swoje konsekwencje.

Twarze patrzące ze ścian klasztorów i domów są jak złowrogi cień. Nie sposób uciec przed wzrokiem wielkiego brata czy innego supermana. Dodanie piątego do obecnej czwórki spotęguje dławiące poczucie kontroli. Jak nam – duchownym i świeckim – swobodnie przy nich oddychać?

A na lhaskim domu partii zawiesili portret gigantyczny, który podświetlają po zmroku, jakby chcieli nas ostrzec, że nigdy nie śpią.

sierpień – wrzesień 2013

lhasa-dompartii-portretyprzewodniczacychkpch2013

Za High Peaks Pure Earth