Ribur Rinpocze: W poszukiwaniu Dżoło

Kiedy zapadała decyzja o złagodzeniu polityki wobec Tybetu, w 1981 roku zorganizowano w Pekinie spotkanie, podczas którego tybetańscy delegaci (w tym i ja) energicznie apelowali o zwrot skarbów naszej wiary zrabowanych w czasie rewolucji kulturalnej i gnijących od tego czasu w chińskich magazynach. Niestety nic wtedy nie wskóraliśmy, ale pod koniec następnego roku Biuro do spraw religii Tybetańskiego Regionu Autonomicznego wezwało przedstawicieli lokalnego stowarzyszenia buddyjskiego, departamentu zabytków i kilku innych urzędów. Podczas tego zebrania Bapa Kelsang Namgjal z wydziału kultury ogłosił, że Pekin kazał odesłać tybetańskie przedmioty kultu do miejsc pochodzenia.

Zdecydowano, że Phuncog Jonten z Biura do spraw religii, Karma z Norbulingki i ja pojedziemy do Chengdu, Taiyuanu i Pekinu po wszystko, co da się jeszcze odnaleźć. Na czele grupy postawiono mnie i przydzielono nam jako tłumaczkę córkę Demo Rinpoczego, Jangdon. Wszystko to było skutkiem zeszłorocznego spotkania, kolejnych monitów Panczenlamy i wielu wysokich lamów z Amdo, chęci władz centralnych do uwiarygodnienia polityki liberalizacji oraz wolności religii i tak dalej.

Od pierwszej chwili wiedziałem, że dla mnie celem tej misji będzie odnalezienie torsu Dżoło Mikjo Dordże. Ten posąg, sprowadzony do Tybetu na początku VII wieku, był obok Dżoło Siakjamuniego jedną z najbardziej czczonych relikwii buddyzmu. O ile Siakjamuni wciąż stał niemal nietknięty w lhaskim Dżokhangu, Mikjo Dordże został przerąbany na pół, a zdobioną klejnotami górną połowę wywieziono do Chin. Wszyscy Tybetańczycy byliby autentycznie szczęśliwi, gdyby udało się nam odzyskać ten bezcenny skarb.

Zaraz po spotkaniu poszedłem do Dżokhangu – lhaskiej „katedry” z VII wieku – żeby odszukać dolną połowę posągu. Pomógł mi w tym Lobsang Phuncog, który sprawował wtedy pieczę nad świątynią. Dokładnie obejrzałem to, co zostało. Zmierzyłem średnicę przeciętych ramion i tułowia, dobrze przyjrzałem się krawędziom, stopowi i pozostałym w środku bezcennym prochom, żeby rozpoznać choćby najbardziej uszkodzone i zniekształcone pozostałe elementy. Przed wyjazdem spotkaliśmy się jeszcze z Kelsangiem Namgjalem, który powiedział, że władze chińskie kazały nam ograniczyć się do odbierania rzeczy „użytecznych” i niewywożenia niczego z Chengdu.

Do Pekinu wyruszyliśmy 19 grudnia 1982 roku. Na miejscu zostaliśmy serdecznie powitani przez urzędnika z centralnego Biura do spraw religii, który miał być naszym przewodnikiem w stolicy. Do zabytkowego, rozpadającego się budynku o nazwie Gu Gong, który, jak powiedziała nam pani Tang Lin Fan, pełnił rolę dworskiego pensjonatu za czasów cesarza Qianlonga, trafiliśmy 30 grudnia.

Naszą ciekawość wzbudziły chińskie znaki nad centralnym portalem. Miła pani Tang wyjaśniła, że to „Cesarska kaplica długowieczności” i że tybetańskie rzeźby przywieziono tam z odlewni w 1972 roku. Cieszyła się szczerze, że złożone tu religijne skarby wrócą nareszcie do domu.

W głównej sali Gu Gongu naszym oczom ukazał się niewiarygodny widok sterty setek posągów we wszystkich rozmiarach. Sięgały niemal sufitu. Z dwóch przyległych komnat także wysypywały się tybetańskie przedmioty kultu. Moją uwagę od razu przykuły największe okaleczone posągi. Czy mógł być wśród nich Dżoło? Serce krajało się na widok zniszczeń i kurzu dekady zbezczeszczenia i zaniedbania.

Zamarliśmy w drzwiach ze ściśniętymi gardłami. Płacząc, sięgnąłem po najbliższą figurkę, która okazała się przepiękną, bezcenną i zapisaną na kartach historii Zieloną Tarą. Uznałem to za dobry znak.

Budynek zamknięto na kilka dni w związku z Nowym Rokiem. W tym czasie odwiedziliśmy zakłady włókiennicze, żeby poszukać materiałów do pakowania, i zamówiliśmy drewniane palety.

Kiedy Gu Gong otwarto 6 stycznia 1983 roku, zatrudniliśmy do pomocy dziesięciu starszych Chińczyków. Myślałem tylko o zaginionej połowie Dżoło. Czy krył się pod którąś z tych zakurzonych stert? A może zdążono przetopić go na bilon albo gnił w innym zakątku Chin?

Przyglądając się Chińczykom, którzy przenosili i odkurzali kolejne posągi, zauważyłem wystający z usypiska okaleczony tors naturalnej wielkości. Zawołałem kolegów i wydobyliśmy go wspólnymi siłami. Był tak ciężki, że z trudem donieśliśmy go we trzech na dziedziniec.

Odesłałem innych do pracy i przystąpiłem do szczegółowych oględzin. Pod pachami zachowały się ślady grubej warstwy złota. Reszta musiała zniknąć w drodze z Lhasy do Pekinu. Pierś, brzuch, nos i prawe oko nosiły ślady uderzeń młota. W środku zostało jednak dużo bezcennego konsekracyjnego prochu (powstałego z długotrwałego palenia złota, srebra oraz kamieni szlachetnych i używanego przede wszystkim do wyrobu najcenniejszych tybetańskich lekarstw), a także wzmacniające żelazne sztaby. Kiedy wyjąłem pionową, poruszyła się pozioma, na wysokości barków. Wszelkie wątpliwości rozwiewała niepowtarzalna twarz. Stop, faktura, średnica otworów, proch – wszystko pasowało do pozostawionej w Lhasie dolnej części. Moja misja została wypełniona.

Ponieważ Panczen Rinpocze kazał do siebie dzwonić, jeśli znajdę coś ważnego, wybrałem 554464. Akcentując każde słowo, zapytał, czy jestem pewny. Potwierdziłem, opisując wszystkie szczegóły. Wkrótce potem był już na miejscu i sam badał tors. Nie posiadał się z radości i wykrzyknął, że mamy dziewięćdziesiąt pięć procent pewności, że to brakująca połowa Dżoło. Na wieść o jego nagłej wizycie zaraz zjawili się dygnitarze z pekińskiego Biura kultury i innych departamentów oraz pracownicy całego kompleksu.

Panczen Rinpocze zaczął tłumaczyć Chińczykom, że Tybet miał od wieków dwóch bezcennych Dżoło, z których ostał się tylko jeden. Teraz wszystko wróci do normy. Dodał, że stosunek aparatczyków do naszej misji jest probierzem wiarygodności nowej polityki religijnej, wzywając do udzielenia nam wszelkiej pomocy. Potem zwrócił się do mnie, żeby pogratulować odkrycia i prosić o dalszą ciężką pracę. Wieczorem przysłał nam herbatę, masło, mięso, ser, campę i tyle tybetańskich specjałów, że starczyło dla wszystkich do końca pobytu w Pekinie.

Często odwiedzał nas i bardzo pomagał Sonam Norbu z Dege w Khamie, jeden z najwyżej postawionych Tybetańczyków w Pekinie. Choć pracował dla Chińczyków, całym sercem był oddany rodakom i religii.

Później Panczen Rinpocze ufundował złocenie i przeprowadził krótką konsekrację Dżoło. Zamówił też specjalną skrzynię do przewiezienia bezcennego posągu.

Z samego Gu Gongu wynieśliśmy ponad dwadzieścia sześć ton tybetańskich skarbów w czterystu sześćdziesięciu trzech drewnianych skrzyniach. Dżoło przenieśliśmy do innej sali. Ustawiliśmy go twarzą do Tybetu i modliliśmy się przed nim.

W piwnicy innego budynku, zaniedbanej konfucjańskiej świątyni Kongzi Miao, walały się posągi oraz przedmioty rytualne ze spiżu i innych metali półszlachetnych. Wynieśliśmy stamtąd sześć ton w stu skrzyniach. Chociaż w Lhasie wyraźnie kazano nam brać tylko rzeczy „użyteczne”, nie zostawiliśmy nawet okrucha.

Choć mogliśmy już wracać do Tybetu, postanowiliśmy spędzić w Pekinie jeszcze kilka dni. Przypomniało mi się wtedy, że jako młody chłopak ubolewałem nad zwięzłością opisu perypetii posągu Phagpa Lugu Śri z Potali. Zabrany przez Mongołów, przez pewien czas był gdzieś w Amdo, póki Piąty Dalajlama nie sprowadził go z powrotem do Lhasy. Całą tę historię streszczono w kilku słowach, co wydało mi się wielką stratą dla następnych pokoleń. Postanowiłem więc szczegółowo opisać odyseję Dżoło, żeby potomni nie mieli podobnego żalu do nas.

Pierwszy Chińczyk, do którego się zwróciliśmy, nie bardzo chciał pomóc. Zapytaliśmy więc naszą przewodniczkę, panią Tang, a ona obiecała przedstawić nas pewnemu aparatczykowi, który mógł wiedzieć więcej. Kilka dni później zostaliśmy zaprowadzeni do starszego, jowialnego Chińczyka, który powiedział, że większość tybetańskich artefaktów przewieziono do Chin i zniszczono. Posągi i przedmioty rytualne z czystego złota i srebra „zapadły się pod ziemię”. Przedmioty z pozłacanej miedzi, spiżu, mosiądzu itp. przewieziono do Luyenu, skąd zostały sprzedane do odlewni w Szanghaju, Taiyunie, Pekinie i gdzie indziej. Jedna tylko gisernia spod Pekinu zakupiła tam sześćset ton tybetańskich przedmiotów z metali szlachetnych.

„Jednak w 1973 roku – ciągnął dalej – o powszechnym procederze przetapiania na bilon tybetańskich przedmiotów kultu dowiedzieli się Li Xiannian i Ulanfu. I kazali natychmiast z tym skończyć. W lipcu powołano dwudziestoosobowy komitet do zbadania sprawy. Znalazłem się w nim i ja. Pojechaliśmy na miejsce i dowiedzieliśmy, że z sześciuset ton zostało ledwie pięćdziesiąt. Wszystko leżało na otwartym placu ogrodzonym drutem kolczastym. Ocaliliśmy z tego może dwadzieścia ton. Reszty nie dałoby się naprawić. Do tej odlewni przyszedł potem jeszcze jeden transport z Tybetu. Trzydzieści ton. Większość przedmiotów zniszczono po drodze. Uratowaliśmy sześć ton. Właśnie te rzeczy znaleźliście w świątyni Konfucjusza. O ładunkach, które wysłano do Szanghaju, Tianjinu, Sichuanu itd., nic wam nie powiem, bo tam nie byłem”.

Tybetański Nowy Rok zastał nas w Pekinie. Trzeciego dnia Panczen Rinpocze wydał na naszą cześć przyjęcie, na które zaprosił wielu chińskich dygnitarzy. W trakcie poprosił nas, żebyśmy dopilnowali, by odzyskane w Chinach posągi trafiły do tybetańskich wiernych, a nie zaległy w nowym magazynie.

Pożegnalne przyjęcie wydało też centralne zrzeszenie religijne, którego przewodniczący przekazał dwa tysiące yuanów na renowację Dżoło. Często odwiedzali nas i okazywali ogromną pomoc niemal wszyscy mieszkający w Pekinie tybetańscy urzędnicy i studenci.

Udało się nam wysłać pociągiem do Chengdu sześćset skrzyń z 13537 posągami. Phuncog Jonten chciał jechać do Taiyuanu, żeby sprawdzić, co trzymają tam w magazynach, a my mieliśmy lecieć samolotem z bezcennym Dżoło. Po raz ostatni poszliśmy do Gu Gongu siedemnastego dnia pierwszego miesiąca kalendarza tybetańskiego, czyli 2 marca 1983 roku.

O dziewiątej rano zapakowaliśmy posąg do specjalnej skrzyni. Kiedy ruszyliśmy, zaczął padać deszcz – po raz pierwszy w tym roku. Przestało siąpić, gdy znaleźliśmy się na pekińskim lotnisku. W naszej kulturze taki deszcz uważany jest za bardzo pomyślny znak.

Na start czekaliśmy dwie godziny. Przekąsiliśmy coś i żartowaliśmy. Poprosiłem kolegów, żeby koniecznie opowiedzieli o tych dobrych znakach, gdy wrócimy do domu. „Wszystkie bóstwa Tybetu muszą czekać na powrót Dżoło”, powiedziałem ze śmiechem. Phuncog Jonten zaczął się zastanawiać, co mogłoby przygotować na powitanie bóstwo opiekuńcze z jego rodzinnych stron. „Może postawi ci butlę mocnego czangu (jęczmiennego piwa)”, odpaliłem. Te przekomarzania przerwało nagłe pojawienie się Panczena Rinpoczego, którego wyraźnie ucieszył nasz dobry humor. Przyjechał pożegnać się z Dżoło. Zapytał, gdzie jest posąg. Podszedł do niego, złożył ofiary i pogrążył się w modlitwie.

Dwie godziny później lądowaliśmy w Chengdu. Z powodu jakichś komplikacji nie mogliśmy lecieć tego samego dnia, więc Dżoło pojechał do świątyni lokalnego stowarzyszenia buddyjskiego. Mnisi złożyli przed nim ofiary i odprawili tradycyjne modły. Następnego dnia odwiedził nas ich chiński przewodniczący i zapytał o historię posągu.

„Wierzy się – odpowiedziałem – że za życia Buddy powstały trzy lub cztery przedstawiające go posągi. Sam miał je pobłogosławić. Do dziś przetrwały tylko dwa z nich. Jeden przedstawia go w wieku ośmiu lat, drugi dwunastu. Swego czasu Indie podarowały je monarchom z Nepalu i Chin, skąd trafiły do Tybetu. Powiada się, że w VII wieku król Songcen Gampo pojął za żony księżniczki z Nepalu i Chin głównie z myślą o zapewnieniu owych relikwii Tybetowi. Nepalska księżniczka Bhrikuti Dewi wniosła w posagu tego właśnie Dżoło Mikjo Dordże, który przedstawia Buddę ośmioletniego. Dżoło Siakjamuni przybył z chińską panną młodą, Wencheng”.

Opat był pod wielkim wrażeniem naszej opowieści i chciał wiedzieć, w jaki sposób tors Dżoło znalazł się w Pekinie. Nie mieliśmy wiele czasu, odpowiedziałem więc bardzo skrótowo. Następnego dnia przyprowadził dużą grupę mnichów, którzy pragnęli pomodlić się do Mikjo Dordżego. Otworzyliśmy dla nich skrzynię. Przełożony usiadł przed, a mnisi po obu stronach posągu. Dołączyliśmy do modlitwy, melodyjnie intonowanej przez opata, nie znając przecież słów ani chińskiej tradycji.

Nazajutrz wizytę złożył urzędnik z Biura do spraw religii prowincji Sichuan oraz Lung Nei, bardzo znana mniszka, stojąca na czele tamtejszego stowarzyszenia buddyjskiego. Towarzyszył jej sekretarz z zastępcami i kilka sędziwych mniszek, które modliły się po tybetańsku! Zdumieni, zapytaliśmy, czy uczył je tybetański lama. Okazały się wychowankami czcigodnego Jontena Gjaco, którego mistrzem był Khangsar Rinpocze. Lama studiował w Drepungu i nauczał na pograniczu. Choć kobiety nie znały tybetańskiego, potrafiły czytać nasze modlitwy. Dały nam nawet zdjęcie Khangsara Rinpoczego.

W Chengdu dołączył do nas Phuncog Jonten, który przywiózł bardzo złe wiadomości – z setek ton tybetańskich posągów i przedmiotów kultu, które wywieziono do Taiyuanu, ostała się niespełna tona. Resztę przetopiono. Zaraz też otrzymaliśmy depeszę z Lhasy. Polecono nam odebrać dwie tony posągów z Meishanu w Sichuanie i dostarczyć je do Czamdo.

W magazynie odlewni w Changdu leżało pięć ton tybetańskich skarbów, które chcieliśmy zabrać. Początkowo nie zamierzali nam ich oddać, twierdząc, że zapłacili za towar rządowi. Wszystko jednak udało się załatwić. Sprawdziliśmy, czy nie ma tam rzeczy świętych, konsekrowanych cennymi substancjami albo mających znaczenie historyczne, niestety nic takiego nie znaleźliśmy. Zabraliśmy tylko jakieś czterdzieści klasztornych czyneli, powierzając resztę miejscowemu stowarzyszeniu buddyjskiemu.

Na wydanym na naszą cześć bankiecie poznaliśmy Sogdrunga Tulku z Lithangu i kilku innych inkarnowanych lamów z Chengdu. Powiedzieliśmy im, że zostawiliśmy stowarzyszeniu pięć ton przedmiotów kultu, prosząc o przekazanie ich tybetańskim świątyniom i klasztorom. Największy posąg Buddy miał trafić do Lithangu. Lamowie nie posiadali się z radości i serdecznie nam dziękowali. W Chengdu mieszkało wielu Tybetańczyków. Niektórzy piastowali wysokie stanowiska w chińskiej administracji i jak mogli, starali się nam pomagać. Nie wiem, czy powodowały nimi pobudki religijne, bez wątpienia czuli się jednak Tybetańczykami.

Wieczorem 29 marca pojechaliśmy na lokalne lotnisko i spędziliśmy tam noc. Wystartowaliśmy następnego ranka i po półgodzinie lecieliśmy już nad Tybetem. Znajomy widok ojczystych gór przepełnił nasze serca nostalgią. Śnieżne chmury niesione wiatrem z poszczególnych szczytów wyglądały jak kłęby dymu ofiarnego kadzidła. Niektóre obłoki przypominały mandale, inne – rozpostarte ofiarne szarfy.

Byliśmy przekonani, że na lhaskim lotnisku na Dżoło czekać będzie kawalkada samochodów oraz tradycyjna procesja z trąbami, khatakami i kadzidłem. Pomyliliśmy się. Nie tylko obyło się bez powitań, nie było nawet osobnego samochodu dla Dżoło. W jedynym podstawionym aucie czekali Celing Rinpocze i Sengczen. Bezceremonialnie wciśnięto mnie do niego razem z Dżoło.

Moi koledzy musieli zaczekać na transport publiczny. Byli sini ze złości, ja również. Okazało się, że w Lhasie trwał właśnie ważny wiec polityczny, na potrzeby którego zajęto wszystkie auta.

Przed Dżokhangiem czekały na Dżoło tłumy wiernych z khatakami, kadzidłem i świeżo ściętymi kwiatami. Poszedłem prosto do Dżoło Siakjamuniego i złożyłem przed nim ofiarę z owoców i kwiatów. Naprzeciw ustawiono prowizoryczny tron, na którym z czcią umieściliśmy Dżoło Mikjo Dordże. Ich ponownemu spotkaniu po długiej rozłące towarzyszyła niewysłowiona ulga i radość.

Zaintonowaliśmy modły w intencji krzewienia Dharmy, szczęścia wszystkich istot oraz długiego życia i spełnienia życzeń Jego Świątobliwości Dalajlamy. W trakcie ceremonialnie podano ryż i herbatę. Na koniec dostałem w podzięce szarfę i pieniądze od opiekuna świątyni oraz khataki od wszystkich pracujących w Dżokhangu.

Pewni ludzie rozpuszczali pogłoski, że tors Dżoło nie jest autentyczny, lecz po połączeniu obie części – łącznie z fałdami szat – pasowały do siebie idealnie, co rozwiało wszelkie wątpliwości.

Teraz nadszedł czas na odnowienie posągu i ponowną konsekrację. Odpowiedzialność za przygotowanie relikwii spoczęła na stołecznym Biurze do spraw religii. Zostaliśmy zaproszeni na odnośne spotkanie. Wybrano rozwiązanie tymczasowe, bowiem wszyscy Tybetańczycy liczyli, że ostatecznie relikwie w posągu umieści sam Jego Świątobliwość Dalajlama, wróciwszy do wolnego Tybetu. Postanowiono, że Dżoło otrzyma też nowy lotosowy tron. Instytucje religijne, którym ofiarowaliśmy odzyskane w Chinach posągi i przedmioty kultu, przekazały na ten cel piętnaście kilogramów srebra i inne szlachetne metale.

Oryginalną, wysadzaną klejnotami koronę oraz kolczyki Dżoło posiadał departament odpowiedzialny za skarbiec Norbulingki. Próbowaliśmy je odzyskać, ale nic nie wskóraliśmy. W końcu sporządziliśmy nowe ozdoby ze złota i srebra.

W 1985 roku, gdy renowacja katedry Ramocze miała się ku końcowi, do pierwotnej siedziby – domu od trzynastu stuleci – sprowadzono i Dżoło Mikjo Dordże, ukochany skarb narodu tybetańskiego.

 

Ribur Rinpocze (1923-2006), rozpoznany przez Trzynastego Dalajlamę inkarnowany lama z Khamu, spędził w chińskich więzieniach dwadzieścia lat. Zwolniony w 1979 roku, został „zrehabilitowany” i zatrudniony w Biurze do spraw religii Tybetańskiego Regionu Autonomicznego. Relację z odnalezienia Dżoło spisał w 1987 roku, wkrótce po ucieczce do Indii.