Oser: O języku i duchu narodowym

Język jest duszą narodu, ta zaś stoi na prawdzie. Kiedy nacji grozi zagłada, sprawą najważniejszą jest przekazanie – wszystko jedno, w jakim narzeczu – tej prawdy całemu światu.

Nie da się ukryć, że będącą pisarką tybetańską, wypowiadam się po chińsku. Nigdy nie byłam z tego dumna. Prawdę mówiąc, zawsze napawało mnie to bólem. I nie życzę nikomu innemu losu, na który skazuje nas chiński system oświaty. Choć za jego sprawą umiem pisać tylko po mandaryńsku, mam na koncie dwadzieścia osiem książek, poświęconych wyłącznie Tybetowi. Nie napisałam w życiu słowa na inny temat i zapłaciłam za to bardzo wysoką cenę.

Serce mi się kraje, gdy słyszę, że rodacy mają taką wytrwałość za nic. Choć moje książki – tłumaczone na tybetański i inne języki – zauważył sam Jego Świątobliwość Dalajlama – wciąż drwi się z nich w diasporze i wytyka mi brak „narodowego ducha” (la-gja). To rani, rani bardzo głęboko.

Zawsze przecież wierzyłam, że pisanie jest dawaniem świadectwa. Wiersze, opowiadania, dokumentowanie rewolucji kulturalnej, protestów w 2008 roku i fali samospaleń naszych rodaków – wszystko to jest znakiem czasu.

Jeśli moje zapiski uznamy za dokumenty historyczne, kryterium ich oceny nie powinno być medium, a prawda. Choć ataki ranią, nie mam cienia wątpliwości, że póki moje pióro służy dokumentowaniu bólu, na jaki skazano nasz naród, to świadectwo samo w sobie jest la-gja i moją ofiarą dla Tybetu.