Byłam w Dharamsali,
Widziałam samego Dalajlamę
I słuchałam nauk o współczuciu
Tybetańskiego mistrza medytacji.
Byłam w Dharamsali,
Widziałam samego Dalajlamę
I słuchałam nauk o współczuciu
Tybetańskiego mistrza medytacji.
Gdzie byli mnisi? Gdzie była policja? Tak zwany komitet demokratycznego zarządzania? Grupa robocza? Wszyscy akurat gdzieś sobie poszli? I zrządzeniem losu nie działały też zainstalowane w każdym kącie kamery?
Szef administracji Tybetańskiego Regionu Autonomicznego – którym na mocy konstytucji ChRL jest przedstawiciel tzw. „mniejszości” – przyjmuje zagraniczną delegację parlamentarną w Lhasie.
Kiedy tak patrzę, co się wyprawia w naszej i światowej polityce, przypomina mi się przypowieść ze słynnego eseju Genduna Czophela o madhjamace Nagardżuny.
Królu mędrców, Siakjamuni, niedościgły Buddo z mocy porzucenia i rozwinięcia,
Wraz z synami serca, Majtreją i Mandziuśrim, siedmioma patriarchami,
Siedemnastoma niezrównanymi panditami i całym orszakiem
Przyglądając się światu,
widzę jedną chryzantemę,
samotną samotność,
i nadchodzącą śmierć.
Pokój i życie na Ziemi są zagrożone działaniami ludzi, którzy nie dbają o ludzkie wartości.