Kwiaty jak księżyce
z uzdrawiającej Krainy Śniegu,
spiętrzone bańki radości.
Władze chińskie każą Tybetańczykom zrywać flagi modlitewne, jeden z najbardziej popularnych symboli tybetańskiej tradycji buddyjskiej.
Nadejście Saga Dały – czwartego, „świętego” miesiąca tybetańskiego kalendarza buddyjskiego, który w tym roku kończy się 19 czerwca – spotęgowało napięcie w Lhasie i w całym Tybecie. Prawdę mówiąc, teraz to bez różnicy: święto lokalne, tradycyjne czy importowane – każde, jak to się dziś ładnie mówi, jest „newralgiczne”.
Władze chińskie odrzuciły apelację Anji Sengdry – działacza społecznego z Gade (chiń. Gande) w prefekturze Golog (chiń. Guoluo) prowincji Qinghai.
Pewne rzeczy, choć nie są tajemnicami, warto zmilczeć dla dobra własnego i innych.
Po pierwsze, nie należy informować o swoich zaletach. Nawet jeśli mamy ich całe mnóstwo! Opowiadając o własnych zasługach, sprawiamy wrażenie aroganckich i wywołujemy najzupełniej niepochlebne skojarzenia.
Indyjska armia informuje o 20 ofiarach śmiertelnych starć z Chińczykami w dolinie rzeki Galwan, w Ladakhu. Żołnierze prawdopodobnie walczyli wręcz – obie strony uzgodniły, że do dwukilometrowego pasa przy granicy nie wnosi się broni palnej.
Według tybetańskich źródeł władze lokalne utworzyły „bandę”, która terroryzuje „opornych” w Maczenie (chiń. Maqin), w prefekturze Golog (chiń. Guoluo) prowincji Qinghai.
Bladym świtem siódmego maja rządowa CCTV pokazała nagle specjalny dokument o samospaleniach w Tybecie (po mandaryńsku i angielsku). Czterdzieści minut propagandy lokalnego aparatu. „Dali to w środku nocy – podsumowali zaraz obywatele sieci – więc chyba nie chcą, żeby te zdjęcia zobaczył zwykły Chińczyk”. Następnego dnia CCTV wyemitowała film w wersji francuskiej, hiszpańskiej, arabskiej, rosyjskiej i jeszcze jakiejś, tyle że na kanałach niedostępnych w kraju, więc faktycznie raczej nie do użytku wewnętrznego.
W Pekinie odbyły się doroczne posiedzenia – opóźnione o ponad dwa miesiące pandemią wuhańskiego koronawirusa – XIII Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OZPL) i Ogólnochińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej (OLPKK), czyli głównego organu „frontu jedności”.
Już 27 stycznia, na kilka przed Nowym Rokiem tybetańskiego kalendarza, władze lokalne ogłosiły zamknięcie wszystkich miejsc, które na co dzień oblegały tłumy pielgrzymów – między innymi Dżokhangu, Potali, Barkhoru. Niewątpliwie było to konieczne. Dokładnie trzy miesiące później przeczytałam komunikat komisariatu ze „Starówki”, zapowiadający otwarcie Barkhoru dla „grup Buddy i zwykłej publiczności”. Pierwsze określenie brzmiało absurdalnie, ale – zastępując utartych w ichnim żargonie „buddyjskich wiernych” – przydawało wydarzeniu dramatyzmu, jakby Buddowie mieli zaraz zstąpić z nieba, żeby skorzystać ze sposobności rytualnego okrążenia lhaskiego sanktuarium.