Kiedy latem przejeżdżałam przez Kham, specjalnie skręciliśmy do Bathangu. Z Lithangu musieliśmy się tam tłuc przez bezkresne łąki; mój przyjaciel rzucił znad kierownicy, że jest jeszcze gorzej niż na szosie Xinjiang-Tybet (prowadzącej z Kargiliku do Ngari), ale nawet w tym błocku natykaliśmy się na chińskich turystów w terenowych wozach z małymi czerwonymi flagami. Sto sześć lat temu tą samą trasą nadciągała karna ekspedycja Zhao Erfenga. I nadal nie odstępowała nas policja.
Wang Jinhe, wiceszef wydziału transportu Tybetańskiego Regionu Autonomicznego (TRA), został 25 września wydalony z Komunistycznej Partii Chin za „poważne naruszenie dyscypliny w sferze polityki, organizacji, pracy i życia”.
Amerykańska fundacja Dui Hua opublikowała informację o dziewięciu Tybetańczykach skazanych w tym roku za „separatystyczne podżeganie” w prefekturze Kardze (chiń. Ganzi) prowincji Sichuan.
Chińskie media podają, że od stycznia do sierpnia 2020 roku władze Tybetańskiego Regionu Autonomicznego (TRA) skierowały ponad pół miliona „bezrolnych robotników wiejskich” na „paramilitarne szkolenia zawodowe”, których celem jest między innymi „reforma przestarzałego myślenia”, „zwiększenie mobilności” i „osłabienie negatywnych wpływów religii”.
Marzec jest dla Tybetańczyków miesiącem niespokojnym z uwagi na nagromadzenie ważnych rocznic, symbolizujących dramatyczne zmiany (poczynając od 1959 roku). Podobnie wygląda to w Chinach za sprawą fantastycznego dorocznego spektaklu lianghui, czyli „dwóch posiedzeń” Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych i Ogólnochińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej. Rysownik, który ma na pieńku z dyktaturą, obdarzył ich uczestników długimi nosami, które – powie wam każde dziecko – znamionują łgarzy.
Prezydencki dekret mający ograniczyć korzystanie z aplikacji mobilnej WeChat, która od 20 września nie będzie dostępna na platformie dystrybucji cyfrowej App Store, stał się kolejną kością niezgody w coraz gorszych relacjach między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. W przeciwieństwie do większości posunięć administracji Donalda Trumpa ta decyzja powinna jednak dobrze służyć prawom człowieka.
Nie zważając na obiekcje ekspertów (którzy tłumaczą, że koczownicy i ich stada stanowią nie zagrożenie, a integralną część środowiska naturalnego Płaskowyżu Tybetańskiego) i międzynarodowe zobowiązania (do „pełnego poszanowania tradycyjnej kultury, wierzeń i zwyczajów” rdzennej ludności, zajmującej się tu głównie pasterstwem i zbieractwem) Pekin wysiedla tysiące tybetańskich nomadów z rezerwatu „Góry Qilian”.